Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Edison próbuje omówić z rodzeństwem sen

- Emi, śpisz?

- Uhmmm…

- Elliot, a ty śpisz?

- Uhmmm…

- Rety, wszyscy śpią. A ja nie mogę. Elliot, a śnią ci się czasem takie różne śmieszne rzeczy? Wiesz, na przykład, że jesteś ptaszkiem.

- Uhmmm…

- Bo mi się ostatnio tak śniło. To znaczy, nie – że jestem ptaszkiem, tylko że byłem taki malutki, mniejszy od ptaszka, siedziałem na parapecie, i podleciał właśnie ptaszek – tylko był większy ode mnie – a ja wskoczyłem mu na grzbiet i fruuuuu odlecieliśmy. Emi, widziałaś takie małe szare ptaszki, prawda?

- Uhmmm…

- No, to taki podleciał. I polecieliśmy nad domem – tak śmiesznie wygląda ten nasz dom z góry, taki prostokąt, a potem nad ulicami z ludzkimi samochodami i nad innymi domami. I długo lecieliśmy, aż słońce zaszło, i ciemno się zrobiło – a ja trochę miauczałem, bo było naprawdę dziwnie. Latały nad nami te latające myszy, co to je czasem w nocy widzimy… Pamiętasz, Emi, świetne są, nie?

- Uhmmm…

- Ba, pewnie że świetne! No i takie jakby latające koty też podfruwały, tylko że to były ptaki, i w końcu, w końcu dolecieliśmy do takiej krainy, gdzie było tak ciepło, że bardzo chciałem mieć trochę mniej ciepłe futerko! Pewnie mi nie wierzycie!

- Uhmmm…

- Ha, a właśnie tak tam było… mmmm… ciepło. I wtedy… mmm… patrzę… mmm… a tam na dole pode mną taki duży… mmm…  kot, jak twój Duży, Elliot. Naprawdę… mmm… Chodził na czterech łapach, miał długi ogon i był piękny i… i trochę groźny, ale popatrzył na mnie i pomachał łapą… Jakby kazał cię pozdrowić, Elliot… Mmmm… naprawdę i wtedy… mmmm… zobaczyłem więcej Dużych… mmmm… mmmm…

- Edison, to ciekawe! I co jeszcze widziałeś w tym śnie?

- Uhmmm…

Edison, Emi i Elliot podczas rozmowy o snach

Fot. Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Elliot opowiada, jak odkrył Sztucznego Kota

Widzicie go? Ludzie go przynieśli. Najpierw, jak go zobaczyłem, to się trochę przestraszyłem. Bo to coś było większe ode mnie. I takie czarne. I nie ruszało się. I było takie włochate. Więc się zjeżyłem, zaprychałem i uciekłem. Ale to nie pobiegło za mną. No to zza mebla poobserwowałem go, żeby się czegoś dowiedzieć. A on tylko siedział. No to potem znów do niego podszedłem i obwąchałem. A potem pacnąłem łapką. I on się dalej nie ruszał. To obejrzałem go dokładnie z bliska. Większy ode mnie, na czterech łapkach, z trójkątnymi uszami, z wąsami, ogonem. Jakby kot, ale nie-żywy, tylko taki… taki… sztuczny. Sztuczny Kot! Nazwałem go Duży. Można się z nim fajnie bawić – łapać, skakać, podgryzać. Trochę o nim myślałem. Bo po co jest taki Sztuczny Kot? I do tego Ludziom? Mają prawdziwe koty. I siebie. A może niektórzy Ludzie nie mogą mieć kotów i wtedy taki Sztuczny Kot im pomaga nie być smutnymi? Albo w jakichś dalekich miejscach w ogóle nie ma kotów i nie może być, i tam robią takie Sztuczne Koty. Albo to pamiątka po jakimś kocie, który odszedł za Tęczowy Most? To ostatnie trochę mnie przestraszyło, bo może w takim razie nie powinienem go gryźć… Ale co będzie tak siedział i się marnował. Nie, żebym się nie miał z kim bawić. Mam siostrę Emi. I brata Edisona. Ale jak się bawimy, to gdy czasem mocniej drapnę Emi, to się obraża. A Edison z kolei wtedy gryzie mnie w ucho. To wtedy ja się obrażam. Choć właściwie mógłbym go najpierw ugryźć w ucho, a potem się obrazić. Albo ugryźć w ucho Emi i powiedzieć, że to Edison mi kazał. Ale odkąd mam Dużego, to mam najlepiej na świecie – bo mogę się bawić i z nim, i z Emi, i Edisonem. I ten Sztuczny Kot chyba też nie ma źle. Bo co innego bawić się z Ludźmi, a co innego z prawdziwym kotem, czyli mną. Pomyślałem, że jeśli mi się uda przekonać jakichś Ludzi, żeby mnie wzięli do swojego domu, to wezmę i Emi, i Edisona, i Dużego… Naprawdę poproszę tych Ludzi, żeby pozwolili mi zabrać Dużego. Sztuczny Kot też pewnie chce mieć dom.

Elliot i Duży

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Edgar i Erna omawiają ludzkie święta i płynące z nich możliwości

- Słuchaj, Ludzie to są zabawni. Wczoraj zrobili sobie Dzień Dziecka!

- A co to jest Dziecka?

- Dziecko to mały Ludź. Ludzik. Mały Człowiek, no.

- To takie coś istnieje?! Wszyscy Ludzie, jakich znam, są wielcy. O, popatrz – o… Tacy jak drzewa! Albo więksi!!! A jak nas biorą rękami, to te ich ręce są tylko trochę mniejsze od nas. I wszyscy tacy są!

- Nieprawda!

- A skąd wiesz?

- Mama mi powiedziała. Powiedziała, że są duzi, bo są tak zrobieni – tak ja my jesteśmy więksi od ptaszków…

- Ptaszki!!! Ptaszki są super!

- No! Ale ci duzi ludzie też mają swoje małe ludziki, jak mama miała nas. I się nimi opiekują. Bo rodzą się mali, a potem rosną – jak my.

- No dobra, to wszystko jest jasne. Ale w takim razie ja chciałbym wiedzieć, kiedy jest Dzień Kociaka. Dzień Ludzika w porządku – ale Dzień Kociaka by mnie naprawdę ucieszył.

- Nie wiem… A co byś robił w takim dniu?

- O, ho ho, co ja bym robił! Skakałbym z kanapy. Chował się za zasłoną i wyskakiwał. Złapałbym to jasne kółko, co się przesuwa po podłodze. A w przerwach sprawdzałby, czy w miseczce jest coś fajnego. No i oczywiście spałbym przy mamie.

- Ale ty to robisz codziennie! Niedawno wyskoczyłeś na mnie zza zasłony! A przy mamie – za pozwoleniem – spalibyśmy oboje!

- No, pewnie, że oboje. Wtedy przyjemniej i można się mocować, kiedy mama nie patrzy... Czekaj, a czy ludziki jakoś specjalnie spędzają ten Dzień Dziecka?

- No, na pewno dostają jakiś prezent albo coś…

- To, to! To chciałem powiedzieć, tylko zapomniałem! W Dzień Kociaka dostalibyśmy prezent: własny domek! Super byłby taki Dzień Kociaka, nie?

Erna i Edgar rozmawiają

Fot.: Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau

Wira zaprasza na kurs mycia łapką

Ja wiem, że Ludzie muszą wchodzić do wody, żeby się myć. Bo nie mają futerek, które można by wyczesać, czy wymyć jęzorkiem, i chyba też nie mają właśnie takich idealnych jęzorków do czyszczenia, więc muszą sobie biedaki jakoś radzić. I stąd te wszystkie wanny, krany, umywalki… O tzw. kosmetykach, które w ogóle kocio nie pachną, nie wspominając. Nie powiem, bardzo lubię krany same w sobie oraz cieknące z nich strumyki wody… Można się nimi świetnie bawić. Łapką. Ostrożnie. Ale jak sobie wyobrażę, że wchodzę cała pod strumień wody… Brrr. A Ludzie muszą. Straszne. Ale któregoś razu przyszło mi do głowy, że może zwyczajnie nie wiedzą, jak prosto i łatwo umyć się łapką. Wiecie – nie znają teorii mycia. Bo może ludzkie mamy nie mają czasu uczyć małe ludziki takich rzeczy, albo może tradycja mycia zaginęła, czy coś takiego… No to ja mogłabym nauczyć i pokazać. W końcu myję się perfekcyjnie przynajmniej kilka razy dziennie – jeśli nie więcej!

Zobaczcie: najprostsza technika polega na tym, że trzeba spokojnie siedzieć w podstawowej pozycji, trzeba polizać łapkę – prawą albo lewą, jak kto woli, i tą zamoczoną łapką przesunąć po części ciała, którą chcemy oczyścić. I powtarzamy całą sekwencję, aż osiągniemy cel. I już. A z takich szczegółów – bardzo prosto jest myć ucho… Tylko trzeba pamiętać, żeby je zginać w różne strony. Łatwo jest myć pyszczek. Jęzorkiem, tak jak sięgnie, dookoła, a łapką poprawić wąsy i policzki, żeby żadne zapachy po posiłku nie zostały, i nie przeszkadzały w wywąchaniu nowego. Bardzo łatwo jest też umyć ogon. Po prostu od razu jęzorkiem. Ludzie nie mają ogonów, więc w ogóle ten punkt im odpada. Gorzej z brzuszkiem, a zwłaszcza gorsikiem. Ale trzeba po prostu zwinąć się w coś w rodzaju precla – i dalej samo idzie. Tylne nóżki trzeba wysoko podnosić i myć tak pionowo – oczywiście siedząc. Najtrudniej chyba jest z grzbietem, bo trzeba się trochę wykręcić, ale myślę, że jak się ćwiczy – to nawet jeśli się nie jest kotem – stopniowo osiągnie się coraz lepsze rezultaty… Po wyćwiczeniu mycia na siedząco, można się myć również w bardziej zrelaksowanych pozach – na przykład na leżąco. I zapewniam was, że na leżąco można umyć każdą część ciała!

Czy nie warto poćwiczyć kocie mycie i odsunąć od siebie widmo wanny pełnej wody? Po stokroć warto!

Wira podczas kursu mycia

Tekst: Anna Rau

Denori i chór jej kociątek włączają się w Dzień Mamy (każdej)

- Mamo, ja chcę jeść!...
- Mamo, a dlaczego mamy pazurki?
- A on mnie odpycha! Nie odpychaj mnie! No, weź te łapki...
- Mamo, ucho mnie swędzi, Daiki mnie ugryzła w to ucho!
- Mamo, a dlaczego każde z nas ma inny kolor futerka?
- Mamo, ja też chcę jeść, a on się wepchał pierwszy.
- Ale mięciutko...
- No weź te łapki!
- Mamo, a kiedy będziemy mogli się bawić na kocyku?
- Ja też chcę się bawić na kocyku!
- A on zajął moje miejsce!
- Mamo, a mogę się bawić twoim ogonem?
- Teraz jest jedzenie, a nie kocyk i ogon. Mama mówiła.
- Mamo, no powiedz jej!
- Mamo, to niesprawiedliwe!
- Ja chcę na kocyk! Ja chcę na kocyk!
- No, ale musisz mi do ucha?! W to ucho mnie Daiki ugryzła.
- Nie gryzłam ciebie, tylko Duni! Ty byłeś po drodze.
- Mamo, niech ona weźmie te łapki!
- Mamo, a z czego zrobiony jest kocyk?
- Dobre nie? I jak mięciutko...
- Mamo, ona się drapie, a drapie mnie!
- A dlaczego zawsze jemy, gdy leżymy na brzuszku? Można jeść, jak się leży odwrotnie?
- Weź! Te! Łapki!!!

Denori z chórem kociątek

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Katrina relacjonuje, jak zwiedzała okolicę

Jest tak cieplutko! Zwłaszcza jak się ma futerko chi chi. Można leżeć na podłodze, na dywanie, na plamie słońca i się turlać, i same łapki się wyciągają, bo tak jest przyjemnie. Lubię ciepło. Wszystkie koty lubią ciepło. Wtedy – jakiś czas temu – kiedy chodziłam sobie po Zewnętrznym Świecie, też było ciepło, ale nie tak, jak teraz. Choć po kociemu było całkiem ciepło. Wiecie, bo ja mam za sobą Wielką Wycieczkę! Ludzie, którzy mnie znaleźli, mówili, że to była Wielka Ucieczka, ale wcale tak nie było. Ja nigdy nigdzie nie uciekałam. Było otwarte okno, to wyszłam. I potem tak sobie chodziłam, chodziłam, bo troszkę nie wiedziałam, jak wrócić hmm... Trochę to trwało – widziałam jak 23 razy wstało i zaszło słońce. Oczywiście czasem nie wschodziło, bo padało, ale przecież i tak się wie, kiedy jest dzień i noc, prawda? Taka jestem sprytna.

W tamtych okolicach mieszka naprawdę sporo kotów i ogólnie były dla mnie miłe. Tylko ja się i tak ich trochę bałam. Były tam też takie ludzkie ogródki, gdzie stoją takie drewniane domki, w których Ludzie trzymają różne pożyteczne narzędzia, które ogólnie nie wiem, po co są. To znaczy na przykład zauważyłam, że jak jakiś Człowiek chce pogrzebać w ziemi, to bierze takie ostrze na kiju i nim grzebie. Ale trochę mnie to dziwiło, bo chyba łapką jest prościej. Czyli takie to były narzędzia. Ale co gatunek, to obyczaj. A wracając, w tym zakątku ogródkowym były też ławki do siedzenia, a wokół rosły małe rośliny i drzewa. A wokół tych ogródków były ludzkie domy. W nocy paliły się światła w oknach, a dołem w półmroku chodziły koty. To było spokojne miejsce, za które rzadko się wysuwałam, bo dalej już była z każdej strony ulica z jeżdżącymi kanciastymi pojazdami, a ja się ich bałam. Wielu rzeczy się bałam, bo nie wiedziałam, czym są. Co prawda trochę pooglądałam okolicę, ale tylko trochę. Bo tam było mniej spokojnie. Pewnie chcecie wiedzieć, co tam było? No, następne domy, i następne, i następne, tylko tak różnie postawione, choć większość to takimi ciągami, a potem to już była taka wielka ulica z całym sznurem pojazdów, więc tylko raz popatrzyłam, co tam jest, i wróciłam do znanych ogródków. Nie lubię się bać, więc nie chciałam patrzeć na coś, co mnie straszy. Jak mówiłam, jestem sprytna. I jak już nadszedł koniec wycieczki, to pozwoliłam się złapać. Może nie tak od razu, bo trochę się bałam. A teraz jestem i czekam na domek. I obiecuję, że już nie będę robić wycieczek. Obiecuję szczerze – w końcu wszystko już widziałam.

Sprytna Katrinka

Fot.: Anna Żokowska

Tekst: Anna Rau

Denori opowiada o kociątkach i ludzikach

Gdyby mnie ktoś pytał, co czuję, kiedy widzę, jak Ludzie głaszczą i oglądają moje kociątka, to od razu odpowiem: jest we mnie mieszanka zaufania i czujności. Zaufanie, bo wiecie – Ludzie, którzy uratowali nas z zamkniętego kartonu stojącego przy drodze, koło której jeżdżą te wasze wielkie burczące pojazdy, chyba są godni zaufania... To wszystko działo się tak szybko. Kiedyś wszystko było inne… a potem to ciemne wnętrze kartonu, a ja nie do końca wiedziałam, co się dzieje, i jak mam w tej sytuacji postąpić, bo przecież nie byłam sama. No ale jednak ktoś z Ludzi mi pomógł… Zabrali mnie stamtąd, dali jeść, dali miękkie miejsce do spania, pozwolili w spokoju poleżeć i popatrzeć na całą sytuację, w której się znalazłam, popatrzeć tak z boku. A przede wszystkim zadbali o moje kociątka. Czyli zostawili je przy mnie i dali im do woli robić to, w czym są najlepsze: przytulać się, popiskując, spać i jeść. Patrzcie, jakie są malutkie! (Daisu, pokaż pyszczek). Moje dzielne futerka! Urodziły się naprawdę niedawno. I na pewno będą walecznymi i pełnymi wiary w siebie kotami. Taki początek dobrze wróży: uratowane z beznadziejnej sytuacji leżą sobie na miękkim kocyku z kocią mamą. Obrazek jak z ludzkiej bajki o szczęśliwej rodzinie kotków! Dobra wróżba. W tamten dzień marzyłam choćby o tym, żeby móc je chować gdzieś na podwórku, w jakiejś jamce, gdziekolwiek – w końcu wreszcie jest ciepło. Nie byłoby jak dotąd… ale bym je wychowała. I tu nagle niespodzianka od losu, chyba kocia gwiazda rozbłysnęła życzliwie dla naszej piątki.

A gdyby ktoś pytał, o co chodzi z tą czujnością, to też wam wyjaśnię. Kociątka to mój największy skarb. Jedyne, co mam po przeszłym życiu. I to, co mi się najbardziej udało w życiu. Zobaczcie – są doskonałe! Ale z tym trzymaniem… Dam wam przykład: duzi Ludzie też mają swoje małe ludziki. Czasem są takie malutkie, że tylko machają łapkami i trzeba je nosić. I wtedy przychodzi najlepsza przyjaciółka mamy, i podziwia takiego ludzika, i go bierze w pyszczek… eee… na ręce i go przytula. Wszystko jest w porządku, bo nieskończenie ufacie tej osobie, ale i tak na pewno nie spuścilibyście oka ze swojego ludzika! A potem szybko sami bierzecie go w pyszczek!

Denori i Daisu

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Nocne wspomnienie Denori

Przy moich kociątkach jest sporo zajęć, więc niewiele wam napiszę. Może tylko posłuchajcie kołysanki, którą śpiewałam maluchom, kiedy razem leżeliśmy w tym przydrożnym pudełku. W całej tej strasznej sytuacji, mimo wszystko, pudełko było jakimś schronieniem - kociątka przecież niedawno się urodziły. Dziwnie się to życie plecie... No, ale słuchajcie. A może i maluchy posłuchają i przez chwilę nie będą się wiercić.

Z czarnej nocy na kociątko

Iskiereczka mruga:

Chodź, opowiem ci bajeczkę,
Bajka będzie długa.

          Była sobie raz koteczka,

          Spała obok mamy,

          Bo w pudełku ciepło, miękko...

          Sny do niej zleciały.

Był też sobie raz kocurek,
Miał zielone oczy,

Przytulony na swej mamy

Śnił swój sen uroczy.

          Były sobie cztery kotki,
          Miały dom w pudełku.
          Mama wszystkie utuliła,
          Zasnęły w ciepełku.
Wszystkie koty niech też zasną,

Każdy w swym pudełku.

Kołysanka też zasypia

Z łebkiem na skrzydełku.

Denori

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Żelek i Żelinka rozmawiają o poszukiwaniu

- Żelku, teraz to już mamy tylko siebie…

- I dlatego tak wzdychasz?

- A jak będziemy musieli nagle stąd odejść? Patrz, jak pada i pada. I kto się nami zajmie. I kto nam będzie dawać jedzenie. Polowanie Na Zewnątrz jest podobno strasznie trudne – to nie jest jakieś tam skakanie na piłeczki…

- Żelinko, nie będziemy musieli nagle odejść i nie zabraknie nam jedzenia. Człowiek, u którego mieszkamy, jest w porządku, tylko coś poszło nie tak. Wiesz, nie ułożyło się tak, jak wszyscy myśleli, i…

- Nie wiem, jak powinno się układać w takim razie. Byliśmy sobą, prawda? Ale i nie brudziliśmy. Jedliśmy wszystko. Zajmowaliśmy się sobą. Byłam grzeczna, naprawdę.

- Hej, przecież wiem.

- I ty też byłeś.

- Byłem.

- To dlaczego znowu szukamy domu?

- Gdybym był wielkim i mądrym kocim filozofem, powiedziałbym, że każdy czegoś szuka. Że niektórzy szukają domu całe życie. Że…

- Nie mów tak, bo aż mi się futerko na ogonie jeży ze strachu.

- Ale nie jestem filozofem i mówię: mała, nie bój się, przecież wszystko jest w porządku. Po prostu szukamy domu. Po prostu. I na pewno znajdziemy.

- Na pewno?

- Na pewno. Obiecuję.

- Jesteś najlepszym kocim bratem na świecie! Jak dobrze, że ciebie mam. Właściwie to mam tylko ciebie. A właściwie to mamy już tylko siebie…

- Żelinko, nie zaczynaj.

Żelinka i Żelek patrzą w przyszłość

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Beza snuje rozważania kulinarne i dochodzi do ważnego wniosku

Bunia naprawdę dużo myśli. Ja też dużo myślę, ale przede wszystkim myślę o tym, jak dobrze spędzić dzień. Bo wiecie, jak ktoś za dużo myśli, to nie nadąża robić fajnych rzeczy, które absolutnie nie mogą czekać! Dam wam przykład. Najpierw rano po obudzeniu trzeba pędzić do miseczki, bo gdybym zamiast pędzić, zaczęła myśleć, czy mam pędzić, Bunia – choć dużo myśli – od razu by mnie wyprzedziła! A kto jest pierwszy najedzony, ten wygrywa punkt w kocim rankingu dnia chi chi. To znaczy, każda z nas oczywiście ma swoją osobną miseczkę, ale kto wie, czy Bunia nie zaczęłaby podstępnie zajadać z mojej, a potem – kiedy bym wreszcie do niej dotarła – udawała, że dostałam tak malutko. Ona jest zdolna do takich rzeczy. A tak mogę ją wyprzedzić i nawet coś skubnąć z jej miseczki. Co prawda Bunia chyba najkrócej myśli rano, kiedy pojawia się miseczka, tak więc podebranie coś od niej jest właściwie niemożliwe. Bardzo szkoda. No, więc sami widzicie, jakie myślenie może być niebezpieczne. To znaczy w takich decydujących momentach, jak śniadanie. Podobnie jest zresztą też przy kolacji. Tak samo trzeba pędzić do miseczki, bo jak się kot nie naje do syta wieczorem, to potem może nie mieć siły spać. I nieszczęście gotowe! Bo w czasie snu koty rosną. Wiemy to z dzieciństwa. Jak już Bunia wspominała, to i owo się słyszało. Bo wiecie, teraz to myślenie, co my je tak kociakowo uprawiamy, to jest nic. Jak się żyje Na Zewnątrz, to dopiero trzeba myśleć! (Buni to zostało). Trzeba kombinować, skąd wydobyć jedzonko, gdzie się schować, co się dzieje gdzieś w pobliżu i czy to jest niebezpieczne. A i tak nie zawsze można coś wymyślić. Bo wiele rzeczy nie zależy od kota, czy to dużego, czy – tym bardziej – małego. Ech. I widzicie, do czego doprowadza nadmiar myślenia: tylko smutno się robi…

Fot.: Agata Kurczak

Tekst: Anna Rau