Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Denori opowiada o kociątkach i ludzikach

Gdyby mnie ktoś pytał, co czuję, kiedy widzę, jak Ludzie głaszczą i oglądają moje kociątka, to od razu odpowiem: jest we mnie mieszanka zaufania i czujności. Zaufanie, bo wiecie – Ludzie, którzy uratowali nas z zamkniętego kartonu stojącego przy drodze, koło której jeżdżą te wasze wielkie burczące pojazdy, chyba są godni zaufania... To wszystko działo się tak szybko. Kiedyś wszystko było inne… a potem to ciemne wnętrze kartonu, a ja nie do końca wiedziałam, co się dzieje, i jak mam w tej sytuacji postąpić, bo przecież nie byłam sama. No ale jednak ktoś z Ludzi mi pomógł… Zabrali mnie stamtąd, dali jeść, dali miękkie miejsce do spania, pozwolili w spokoju poleżeć i popatrzeć na całą sytuację, w której się znalazłam, popatrzeć tak z boku. A przede wszystkim zadbali o moje kociątka. Czyli zostawili je przy mnie i dali im do woli robić to, w czym są najlepsze: przytulać się, popiskując, spać i jeść. Patrzcie, jakie są malutkie! (Daisu, pokaż pyszczek). Moje dzielne futerka! Urodziły się naprawdę niedawno. I na pewno będą walecznymi i pełnymi wiary w siebie kotami. Taki początek dobrze wróży: uratowane z beznadziejnej sytuacji leżą sobie na miękkim kocyku z kocią mamą. Obrazek jak z ludzkiej bajki o szczęśliwej rodzinie kotków! Dobra wróżba. W tamten dzień marzyłam choćby o tym, żeby móc je chować gdzieś na podwórku, w jakiejś jamce, gdziekolwiek – w końcu wreszcie jest ciepło. Nie byłoby jak dotąd… ale bym je wychowała. I tu nagle niespodzianka od losu, chyba kocia gwiazda rozbłysnęła życzliwie dla naszej piątki.

A gdyby ktoś pytał, o co chodzi z tą czujnością, to też wam wyjaśnię. Kociątka to mój największy skarb. Jedyne, co mam po przeszłym życiu. I to, co mi się najbardziej udało w życiu. Zobaczcie – są doskonałe! Ale z tym trzymaniem… Dam wam przykład: duzi Ludzie też mają swoje małe ludziki. Czasem są takie malutkie, że tylko machają łapkami i trzeba je nosić. I wtedy przychodzi najlepsza przyjaciółka mamy, i podziwia takiego ludzika, i go bierze w pyszczek… eee… na ręce i go przytula. Wszystko jest w porządku, bo nieskończenie ufacie tej osobie, ale i tak na pewno nie spuścilibyście oka ze swojego ludzika! A potem szybko sami bierzecie go w pyszczek!

Denori i Daisu

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Nocne wspomnienie Denori

Przy moich kociątkach jest sporo zajęć, więc niewiele wam napiszę. Może tylko posłuchajcie kołysanki, którą śpiewałam maluchom, kiedy razem leżeliśmy w tym przydrożnym pudełku. W całej tej strasznej sytuacji, mimo wszystko, pudełko było jakimś schronieniem - kociątka przecież niedawno się urodziły. Dziwnie się to życie plecie... No, ale słuchajcie. A może i maluchy posłuchają i przez chwilę nie będą się wiercić.

Z czarnej nocy na kociątko

Iskiereczka mruga:

Chodź, opowiem ci bajeczkę,
Bajka będzie długa.

          Była sobie raz koteczka,

          Spała obok mamy,

          Bo w pudełku ciepło, miękko...

          Sny do niej zleciały.

Był też sobie raz kocurek,
Miał zielone oczy,

Przytulony na swej mamy

Śnił swój sen uroczy.

          Były sobie cztery kotki,
          Miały dom w pudełku.
          Mama wszystkie utuliła,
          Zasnęły w ciepełku.
Wszystkie koty niech też zasną,

Każdy w swym pudełku.

Kołysanka też zasypia

Z łebkiem na skrzydełku.

Denori

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Żelek i Żelinka rozmawiają o poszukiwaniu

- Żelku, teraz to już mamy tylko siebie…

- I dlatego tak wzdychasz?

- A jak będziemy musieli nagle stąd odejść? Patrz, jak pada i pada. I kto się nami zajmie. I kto nam będzie dawać jedzenie. Polowanie Na Zewnątrz jest podobno strasznie trudne – to nie jest jakieś tam skakanie na piłeczki…

- Żelinko, nie będziemy musieli nagle odejść i nie zabraknie nam jedzenia. Człowiek, u którego mieszkamy, jest w porządku, tylko coś poszło nie tak. Wiesz, nie ułożyło się tak, jak wszyscy myśleli, i…

- Nie wiem, jak powinno się układać w takim razie. Byliśmy sobą, prawda? Ale i nie brudziliśmy. Jedliśmy wszystko. Zajmowaliśmy się sobą. Byłam grzeczna, naprawdę.

- Hej, przecież wiem.

- I ty też byłeś.

- Byłem.

- To dlaczego znowu szukamy domu?

- Gdybym był wielkim i mądrym kocim filozofem, powiedziałbym, że każdy czegoś szuka. Że niektórzy szukają domu całe życie. Że…

- Nie mów tak, bo aż mi się futerko na ogonie jeży ze strachu.

- Ale nie jestem filozofem i mówię: mała, nie bój się, przecież wszystko jest w porządku. Po prostu szukamy domu. Po prostu. I na pewno znajdziemy.

- Na pewno?

- Na pewno. Obiecuję.

- Jesteś najlepszym kocim bratem na świecie! Jak dobrze, że ciebie mam. Właściwie to mam tylko ciebie. A właściwie to mamy już tylko siebie…

- Żelinko, nie zaczynaj.

Żelinka i Żelek patrzą w przyszłość

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Beza snuje rozważania kulinarne i dochodzi do ważnego wniosku

Bunia naprawdę dużo myśli. Ja też dużo myślę, ale przede wszystkim myślę o tym, jak dobrze spędzić dzień. Bo wiecie, jak ktoś za dużo myśli, to nie nadąża robić fajnych rzeczy, które absolutnie nie mogą czekać! Dam wam przykład. Najpierw rano po obudzeniu trzeba pędzić do miseczki, bo gdybym zamiast pędzić, zaczęła myśleć, czy mam pędzić, Bunia – choć dużo myśli – od razu by mnie wyprzedziła! A kto jest pierwszy najedzony, ten wygrywa punkt w kocim rankingu dnia chi chi. To znaczy, każda z nas oczywiście ma swoją osobną miseczkę, ale kto wie, czy Bunia nie zaczęłaby podstępnie zajadać z mojej, a potem – kiedy bym wreszcie do niej dotarła – udawała, że dostałam tak malutko. Ona jest zdolna do takich rzeczy. A tak mogę ją wyprzedzić i nawet coś skubnąć z jej miseczki. Co prawda Bunia chyba najkrócej myśli rano, kiedy pojawia się miseczka, tak więc podebranie coś od niej jest właściwie niemożliwe. Bardzo szkoda. No, więc sami widzicie, jakie myślenie może być niebezpieczne. To znaczy w takich decydujących momentach, jak śniadanie. Podobnie jest zresztą też przy kolacji. Tak samo trzeba pędzić do miseczki, bo jak się kot nie naje do syta wieczorem, to potem może nie mieć siły spać. I nieszczęście gotowe! Bo w czasie snu koty rosną. Wiemy to z dzieciństwa. Jak już Bunia wspominała, to i owo się słyszało. Bo wiecie, teraz to myślenie, co my je tak kociakowo uprawiamy, to jest nic. Jak się żyje Na Zewnątrz, to dopiero trzeba myśleć! (Buni to zostało). Trzeba kombinować, skąd wydobyć jedzonko, gdzie się schować, co się dzieje gdzieś w pobliżu i czy to jest niebezpieczne. A i tak nie zawsze można coś wymyślić. Bo wiele rzeczy nie zależy od kota, czy to dużego, czy – tym bardziej – małego. Ech. I widzicie, do czego doprowadza nadmiar myślenia: tylko smutno się robi…

Fot.: Agata Kurczak

Tekst: Anna Rau

Bunia dużo myśli o lataniu

Widzieliście, jak ganiam muchę? Jakby ktoś chciał spróbować, to podaję świetną technikę: trzeba za nią skakać zakosami, wyprzedzając ruchy muchy, a potem nagle wyskoczyć w powietrze i klasnąć w łapki! I już! To znaczy to jest taka teoria, której się jeszcze uczę… Muszę przyznać, że muchy są bardzo sprytne i ten system nie zawsze się sprawdza, ale zapewniam, że o to chodzi. A po drugie teraz much jest bardzo mało, więc pewnie trafiłam na jakieś wybrakowane, niezłapalne egzemplarze, i dlatego tak było... Beza to potwierdza. Również próbowała złapać tę muchę i też jej się nie udało. A teorię ma równie dobrze opanowaną jak ja.

Kiedy tak sobie odpoczywałam po tym polowaniu, nagle pojawiła się we mnie myśl, że latające istoty to mają lepiej. Bo kiedy się dzieje coś złego, można po prostu odlecieć! Nie czekać, nie chować się, nie uciekać, ale po prostu wznieść się w powietrze, jak choćby ta szczęśliwa mucha! Kiedy żyłyśmy Na Zewnątrz – jako bardzo malutkie kociaki – słyszałyśmy od dorosłych kotów to i owo. Że czasem nie ma jak uciec, a zbliża się burczący potwór z błyszczącymi oczami. Że coś nagle zasłoni nam wejście, a wyjścia nie ma. Że są miejsca, gdzie łatwo wejść, a potem bardzo trudno wyjść. Takie historie. Mówiły nam to, żebyśmy uważały i uczyły się życia. No, a ja jeszcze myślę – jak tak patrzę na taką muchę, jak sobie podlatuje na firankę i tam chodzi… A nam nie wolno się wspinać!!! Albo jak patrzę przez okno na te wszystkie latające, pierzaste i dziobate ptaki, że to musi być przyjemne i zabawne. To latanie. A ja bardzo lubię zabawę. No i myślę, że to bardzo pomaga w odkrywaniu świata. Bo wszystko jest strasznie ciekawe, a małym kotom w ogóle nie powalają w większość miejsc wchodzić. A tak to mogłabym wszystko widzieć z góry. I myślę…

Beza mówi, że mam tyle nie myśleć, bo małe kotki powinny się bawić, jeść, spać i rosnąć, a na myślenie przyjdzie czas, gdy się dorośnie. Sądzicie, że ma rację? Że gdy się jest większym, to się łatwiej i lepiej myśli? Może i tak – Ludzie są duzi i tyle wymyślili: dywany, lodówkę, telewizor, w którym coś się rusza, pudełka do chowania się. Warto być dużym. Tak myślę.

Bunia odpoczywa

Fot.: Agata Kurczak

Tekst: Anna Rau

Beza i Bunia odkrywają zróżnicowanie świata

- Słyszałaś? Wszystkie koty dostały na święta mnóstwo kurczaków!!!

- Słyszałam.

- I co ty na to?!

- Nic. Przecież my też dostałyśmy kurczaki do zabawy…

- No dostałyśmy, ale po pierwsze zaledwie kilka – i to na spółkę! – a po drugie nie wiadomo, czy tamte kurczaki były tak samo fajne, jak nasze, czy na przykład o wiele fajniejsze.

- Beza, nasze kurczaki były wystarczająco fajne. No i skąd ty w ogóle wzięłaś wiadomość, że dostały mnóstwo kurczaków. Te koty. Może dostały kilka, tak jak my.

- Może, ale na pewno nie wiemy. Wiesz, bo mi przyszło do głowy, że skoro są na świecie różne koty, to może są i różne kurczaki. My obie jesteśmy czarno-białe, ale są też koty całe białe, całe czarne i rude. I brązowe w paski. I szaro-bure. Na pewno to samo jest z kurczakami, i ja bym chciała poznać je wszystkie.

- Ciekawy pomysł, ale to chyba niemożliwe. Wiesz, koty są wyjątkowe, dlatego tak się różnią, ale kurczaki?...

- No, dobrze – a popatrz na ludzi. Przecież nie są tacy sami, nie? Wszyscy są ogromni i nie umieją tak szybko przebierać łapkami, jak my, i nie mają ogonów, ale między sobą się różnią. Te, jak im tam, futra… o - włosy mają inne. Oczy i nosy. Ręce dłuższe i krótsze.

- No! A widziałaś przez okno, że po ulicy też chodzą takie małe ludziki? Myślisz, że to to samo, co ci duzi, czy jakiś inny gatunek?

- Chyba to samo, ale nie ma jak sprawdzić. No i widzisz – sama jesteś ciekawa. I przyznaj, skoro tacy Ludzie się różnią między sobą, i koty, to i kurczaki na pewno też.

- Trochę mnie przekonałaś, ale nie wiem, czy kiedyś… Patrz, mucha!!! Taka sama, jak ta, co tu leciała poprzednio!

- To jest ta sama!

- Nieprawda! Tamtą złapałam w łapki!

- No właśnie widzę. Łap ją!!!

Beza i Bunia ustalają tożsamość muchy

Fot.: Agata Kurczak

Tekst: Anna Rau

Yaśmina oczekuje Nowego w miłym, żółtym towarzystwie

Patrzcie, z kim leżę!

Właśnie trwają ludzkie Święta i ja też dostałam kurczaka, podobnie jak Centka. Bardzo się z niego ucieszyłam, bo teraz mam się z kim bawić. To znaczy oczywiście otaczają mnie fajniste kocie zabawki, ale ja naprawdę lubię towarzystwo, a taki kurczak to prawie jak ktoś, z kim można brykać, prawda? Wiecie, jeszcze nie tak dawno miałam się z kim bawić… Ale od początku.

Było nas trzy: Yoko, ja – Yaśmina i Ta Trzecia, co też miała dostać imię na Y, ale już nie zdążyła dostać... Odeszła za Tęczowy Most. Była bardzo mała i słaba, zresztą wszystkie takie byłyśmy. Wszystkie też byłyśmy czarno-białe. Nasza mama urodziła nas w śmietniku, takim jakimś podwórkowym, a kiedy zabrano śmieci, wywieziono również nas, zaś mama zdążyła uciec. Chyba. Na pewno. Ludzie, którzy sortują wyrzucone rzeczy, żeby sprawdzić, czy coś z tego wszystkiego może się jeszcze jakoś przydać, zauważyli, że w którymś stosie coś się rusza. To byłyśmy my! Ci Ludzie byli naprawdę uważni i dobrzy. Nie każdy by się nami przejął, oj nie... Muszę tylko uściślić, że byłam tak mała, że bardzo niewiele z tego pamiętam. Tak czy owak, w taki sposób trafiłyśmy do domku tymczasowego. Ale najpierw nas długo leczono i wzmacniano, i w końcu mogłyśmy razem się bawić – Yoko i ja.

Ale teraz od pewnego czasu znowu mieszkam sama. Yoko też odeszła za Tęczowy Most. Moi Ludzie starają się mi ją jakoś zastąpić, ale przecież muszą wychodzić po jedzenie albo za jakimiś ludzkimi sprawami, no a do tego wspólne galopowanie między meblami albo mycie sobie wzajemnie futerek z uczestnictwem Człowieka jest naprawdę niemożliwe.

Mam nadzieję, że ta historia nie jest za smutna jak na Święto, które powinno być radosne. Ale po pierwsze: ma dobre zakończenie i przesłanie, że ktoś nas zauważył, uratował i przygarnął. A po drugie, tak naprawdę siedzę z moim kurczakiem i czekam. Od czasu do czasu bryknę i coś skubnę z miseczki, ale ogólnie siedzę i kręcę łebkiem, bo w moim życiu już wkrótce stanie się coś niesamowitego. Domyślacie się, co takiego? Pojadę do własnego domu! Takiego na zawsze, z Moimi Ludźmi! Normalnie Święta bez końca. A przecież gdyby nie ten niewyobrażalny cud w sortowni śmieci, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.

No i do tego dostałam kurczaka.

Yaśmina czeka

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Centka prezentuje nie swoje nogi

Widzicie te żółte nogi? To nogi kurczaka! Rewelacja, nie? Pewnie też chcielibyście takiego, to opowiem, skąd go mam.

Ogólnie to coś się szykuje. Ludzie nakupowali jedzenia, a kilka dni temu przynieśli do domu takie śmieszne gałęzie z suszonych kwiatów, czyli "palmy", co to "absolutnie nie wolno ich obgryzać". Oczywiście próbowałam to zrobić, bo może "nie wolno" oznacza tylko to, że są niesmaczne, a skoro ja już nie takie niesmaczne rzeczy próbowałam i z gryzienia zabawa jest przednia, to raczej warto. No ale wtedy usłyszałam, że nie wolno, bo to suszone, ostre i może mi zaszkodzić. No to potem znów spróbowałam trochę pogryźć, bo jak może mi zaszkodzić, to nie znaczy, ze musi, prawda? Może mi NIE zaszkodzi, a z gryzienia - jak już wiecie - zabawa bezcenna. No i takie kolorowe szeleszczące kwiatki, co się sypią i wszędzie ich pełno, są idealne do zabawy, po prostu idealne. No ale wracając - przynieśli te "palmy", a dziś takie kurczaki, co jednego widzicie!!! I to wszystko jest "na święta". Z tego, co wiem, to "święta" ludzie sobie wyprawiają zimą, jak jest ciemno i okropnie, i śnieg, i wtedy palą sobie światełka, i robią różne dziwne rzeczy w domach (czytałam o tym wpis Żelka i Żelinki, ten o słomianych zwierzątkach). Ale wiosną?

No i jak zobaczyłam, że Ludzie wyjmują te kurczaki, to bardzo się ucieszyłam. Najpierw myślałam, że może mają one coś wspólnego z prawdziwymi ptakami - takimi, które często widywałam, jak mieszkałam w krzakach w ludzkich ogródkach. Niesamowite stwory (choć nie żółte). A potem, gdy się okazało, że to tylko zabawki, to i tak chciałam jednego - już przed świętami, cokolwiek to znaczy.

Myślicie, że każdy kot dostanie takiego kurczaka na święta? To znaczy wiem, że te uliczne koty Na Zewnątrz - nie mają szans, ale te domowe?... Bo skoro ja w domku tymczasowym dostałam, to może... I wtedy to by oznaczało, że ludzkie święta też mogą być kocie.

Centka i jej kurczak

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Duduś opowiada, w jaki sposób może dotknąć szczęście

Jestem Duduś. Kiedyś inaczej się nazywałem, ale teraz wszystko się zmieniło. Jeszcze niedawno mieszkałem pod wielkim samochodem na podwórku. To znaczy takim normalnym samochodem – dla was to normalny samochód. Ale dla mnie był odpowiednio wielki, czyli po prostu w porządku. Samochód, pod którym można się schować, jest w porządku. I inne koty, które tam mieszkały, też były w porządku. Dzieliły się ze mną jedzeniem, nie przeganiały mnie… – a słyszałem, że może być różnie. W końcu, jak się wchodzi znienacka w jakiś uporządkowany świat, nie zawsze można liczyć na życzliwe przyjęcie, skoro każdy tam już ma i zna swoje miejsce, i wie, gdzie czego szukać, i ile mu się należy. A taki nowy to jakoś zaburza. No i to też dodatkowy pyszczek do wykarmienia, a podwórko to nie lodówka, że zawsze się sama napełnia… Kiedyś to niczego takiego nie wiedziałem, teraz wiem wszystko. Bo wiecie – ja miałem dom. Ale chyba się zgubiłem. Mam tylko nadzieję, że mogę dokądś wrócić. Na razie szczęście niesamowicie się do mnie uśmiechnęło, ale to dlatego, że wiem, że jak człowiek podchodzi i próbuje nas wołać, czasem warto podejść. No i trochę przypomniało mi się, jak mnie kiedyś wołano i głaskano. Ale inni mają też swoje doświadczenia – odmienne niż moje. Te koty-mieszkańcy podwórka (pozdrawiam was, chłopaki! Oby i wam się poszczęściło – tak po waszemu) trochę mnie ostrzegały. Że nie zawsze, jak człowiek woła, to chce nam coś dać, tylko może mieć jakieś podejrzane intencje. I wiele – zwłaszcza kociaków – które podeszły, pożałowało. I że jak Człowiek woła, a chce dla nas dobrze, albo ma kaprys, żeby nam coś dać, to przecież może to coś zostawić, a my dopiero wtedy powinniśmy sprawdzić. Ale najlepiej jest od razu się schować. Tylko że ja, kiedy ten Człowiek na mnie wołał, podszedłem – wiecie dlaczego – i tak to w końcu mnie zabrano z tego podwórka. I na początku się przestraszyłem, bo pomyślałem, że zachowałem się jak ten ufny kociak, który źle skończył. Potem jednak okazało się, że ten Człowiek, co mnie zabrał, jest przynajmniej tak w porządku jak te koty, co mnie przyjęły, i na razie jestem w ciepłym domu tymczasowym. Tymczasowym… A przecież miałem własny dom i naprawdę nie wiem, jak to się stało, że go nie mam. Myślicie, że do niego wrócę? Myślicie, że w ogóle będę miał własny dom?

Duduś

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Księżna określa cechy prawdziwego domu

„Ludzie się naprawdę starają” – pomyślałam sobie. Pomyślałam tak, gdy mówili, że dziś jest Dzień Bezdomnych Zwierząt, czyli nas – kotów, psów i wszystkiego, co tu mieszka, oraz tych, które zostały porzucone, i mieszkają, gdzie się da. I jeszcze zastanawiali się, jak rozpowszechnić wiedzę o tym problemie, żeby ktoś się zainteresował i odbezdomnił któreś z nas. Wiecie, w schronisku mówi się o takich rzeczach. To miłe.

Spróbujcie sobie to wyobrazić. Gdy jest zimno, musicie wyszukać jakieś w miarę ciepławe i niezajęte miejsce, żeby się ogrzać. Gdy chcecie spać, szukacie miejsca, gdzie nikt wam nie zagrozi, ale i nie obudzi. Gdy jesteście głodni, próbujecie znaleźć cokolwiek do jedzenia. Gdy jesteście zmęczeni, nie macie dokąd wracać. A do tego pamiętajcie, że jesteście kotem - i nikt z ludzi wam nie pomoże, bo was nie rozumie. Jesteście sami. I to jest bezdomność. I jest jeszcze coś - że można jednak gdzieś mieszkać i mimo to być bezdomnym. Bo dom równa się nie tylko kąt do siedzenia i coś do pogryzienia, ale przede wszystkim poczucie bycia u siebie. Swobodę. Chęć do zabawy. Warunki dostosowane o was, a nie konieczność przyzwyczajania się do tego, co się zastało.

Ja nie za bardzo lubię kontaktować się z kotami, które tu mieszkają, ale słyszę, jak głośno rozmyślają o tym, „co by było, gdyby”. Gdyby urodziły się w domku z ogródkiem, a nie w śmietniku, gdyby nagle zachwyciły kolorem futerka jakiegoś miłego człowieka na ulicy, gdyby weszły do czyjegoś mieszkania i to byłby najlepsze wejście w ich życiu. A te młode, wiecie – kociaki, to nawet marzą. Że siedzą w ciepłym domku na miękkim dywaniku. A ich Człowiek je głaszcze za uszami i rzuca piłeczki. Słodkie, ech, słodkie.

Ja już nie marzę. Mam osiem lat. Ostatnio Ludzie, którzy tu się nami opiekują, podcięli mi trochę futro, bo gdzieś się tam zrobił kołtun i nie można było tego wyczesać. Nie przejęłam się tym, bo jeśli ma mnie spotkać coś dobrego, to spotka i z krótszym futrem. Jeśli.

Nazywam się Księżna i jestem bezdomna.

Księżna (przed podcięciem futerka)

Fot. Agata Kurczak

Tekst: Anna Rau