Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Grig i Gulasz planują ćwiczenie charakterów

- O, popatrz, Grig, Ludzie się nam przyglądają!

- Rety, jeszcze nas wezmą na ręce!

- A ja nawet lubię. A najbardziej, jak drapią w brzuszek.

- Uhm, ja wiem – oni się wtedy cieszą... Ale co ja poradzę, że nie przepadam za noszeniem. A zwłaszcza za drapaniem w brzuszek.

- Może powinnaś się przyzwyczajać? Wiesz, tak specjalnie podstawiać i potem coraz dłużej, dłużej… I w końcu polubisz. Ludzie na pewno bardzo chętnie ci pomogą w przyzwyczajaniu chi chi.

- Ale ja nigdy nie wiem, czy oni mają dobre zamiary!

- No, skoro dają nam jedzonko i chcą głaskać, i pozwalają przy sobie mieszkać, to raczej na pewno mają dobre.

- Ale są tacy duzi! I mają takie duże ręce. I pamiętasz, jak nas zawieźli do weterynarza?!

- Nie są winni, że są duzi!. Co do weterynarza masz rację – to było straszne. No, ale może musieli? Wiesz, ten weterynarz ich zmusił. No i pomógł ci! Byłaś taka malutka i słaba, a teraz się bawisz i możesz ćwiczyć silną wolę.

- Na przykład pozwalając się drapać po brzuszku?

- Tak!

- …

- Czemu nic nie mówisz?

- Bo ja chyba jeszcze muszę pozwolić, żeby moja silna wola trochę urosła. Gulasz, obie jesteśmy małe: ty i ja. I mój brzuszek jest malutki, i moje łapki, i moja silna wola. Co tu ćwiczyć – niech urośnie i wtedy będę ćwiczyć, obiecuję.

Grig i Gulasz obserwują Ludzi

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Malutki Gizmo-Pepe dziwuje się nowemu życiu

Jejku, jaki świat może być fajny, jejku! Mam zabawki! I miseczkę!!! Ludzie są zabawni i mnie głaszczą. To znaczy nie ciągle, ale trzeba ich trącić łebkiem, albo usiąść blisko i miauczeć – i znowu głaszczą!

Mieszkałem z mamą i bratem w krzaczkach koło wielkiego, wielkiego domu, i mama nas wyprowadzała, i uczyła wszystkiego. A któregoś razu nie wróciła. Bo mama musiała szukać jedzenia i czasem jej nie było. Ale wtedy długo jej nie było. Bardzo. To myśmy zaczęli chodzić wkoło naszego miejsca, bo co było robić.  I wszystko było ciekawe i trochę straszne. Ale mieliśmy siebie! A mama mówiła, żeby się nie bać, bo odważne kociaki zawsze sobie poradzą.

Tutaj w ogóle nic nie jest straszne – tylko wszystko miękkie i ciepłe, i miłe. I tyle jedzenia! Gdyby jeszcze mój brat był tutaj, to w ogóle byłoby mi najlepiej na świecie. Gdyby on wiedział, że tak może być… rety. Wiecie, on… On odszedł. To znaczy nie ruszał się i… Bo kiedy tak chodziliśmy, wypadł nagle jeden z tych wielkich potworów, co szybko się toczą, błyskając ślepiami, i mój brat nie zdążył uciec. Może nawet nie wiedział, że trzeba… Ja też nie wiedziałem. I potem on tylko tak leżał. Ja próbowałem go obudzić, próbowałem, a potem usiadłem przy nim, żeby nie był sam. I żebym ja nie był sam. Bo kiedy mama zniknęła, on był wszystkim, co miałem… Bez niego zrobiło się zbyt strasznie. Siedziałem przy nim i potem leżałem. Myślałem, że może jednak śpi. Siedziałem, jak świeciło słońce, i potem jak była już noc, i trochę spałem, chociaż on już był zimny, i nawet jak się przytulałem, nie mogłem go ogrzać. I potem znowu był dzień. A ja siedziałem, bo naprawdę nie mogłem go zostawić. I wtedy – wtedy przyszli Ludzie i zajęli się nami! Cud! Nie wiem, czy dlatego że byłem odważnym kociakiem… Trochę się bałem i było mi bardzo smutno.

A teraz wszystko jest inaczej! Bawią się ze mną i głaszczą. I zapuszczają płyn do tego oka, co zawsze było takie dziwne. I wołają na mnie Gizmo. I Pepe – wołają. Jak fajnie. Ja nigdy nie zapomnę brata i tych krzaczków, co byliśmy z mamą, ale teraz wszystko jest takie nie do opowiedzenia! Aż strach zamknąć oko i spać, żeby wszystko nie zniknęło. Bo wszystko znika.

Gizmo-Pepe i jego nowe życie

Fot.: Krzysztof Ambrosewicz

Tekst: Anna Rau

Damoru rozwija temat „Wszystko o łapkach”

Tutaj podobno inne kotki mówią o łapkach. Ja też mogę pokazać łapki! O – jedna łapka i druga łapka. Przednie łapki. A to są paluszki. Ale policzyć ich jeszcze nie umiem. To znaczy mama mówiła mi, ile ich jest, ale jakoś trudno to zapamiętać. Choć jak mi teraz powie, to postaram się pamiętać. Bo pewnie to jest bardzo ważne, prawda? W końcu nie wyobrażam sobie swoich łapek bez paluszków. No, ale o samych łapkach mogę wam opowiedzieć więcej. Łapię nimi piłeczki! Lubicie piłeczki? Ja bardzo lubię. A tak naprawdę bardzo, bardzo lubię taką, co ma w środku dzwoneczek. Ja się ją turlnie, to dzwoni. A turla się łapkami. Lubię też papierki. I sznureczki. I takie różne zabawki, co to Ludzie nawet nie myślą, że można się nimi bawić. Noszą przy sobie, albo kładą wokół takie różne śmieszne przedmioty, które nie wiadomo, po co są, a ja od razu widzę, że są do zabawy! Wystarczy pacnąć łapką. Ale lubię też skakać i bawić się w polowanie, tylko że skacze się przede wszystkim na tylnych łapkach – żebyście nie myśleli. Przednimi łapkami też się sprząta po sobie, bo mama mnie nauczyła, jak się zachowywać w kuwetce. Łapkami tylko nie można jeść, bo się brudzą – trzeba jeść pyszczkiem. To znaczy czasem, jak coś tam leży do jedzenia i tak śmiesznie wygląda, to można to łapką sięgnąć. Ale zjeść pyszczkiem. No i łapką się trzeba myć – np. uszka, albo tam, gdzie nie można sięgnąć jęzorkiem. No - i to wszystko o łapkach.

A nie! Zapomniałabym o najważniejszym! W łapkach są pazurki! Ciągle uczę się, jak je wsuwać, kiedy trzeba. Dlatego gdy bawimy się z Daiki i Daisu, wszyscy ćwiczymy na sobie wsuwanie pazurków i same łapki. I na mamie, chi chi.

I teraz to już naprawdę wszystko o łapkach. Co prawda, mam jeszcze taki sekret, że na poduszeczkach łapek mam łaskotki – ale tego wam na pewno nie powiem.

Damoru pokazuje łapki

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Jakie wnioski mogą wypłynąć z liczenia paluszków, czyli Dima i jego łapki

Jak tak sobie liczę swoje paluszki u przednich łapek i patrzę na Ludzi… to oni mają więcej tych takich długich palców! Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że są tacy wielcy? To by było nawet logiczne – jak coś jest większe od kota, to również powinno mieć więcej palców niż kot. I futra. I łapek. I… Tylko chwila… To dlaczego Ludzie nie mają więcej ogonów, tylko ani jednego? O głowie nie mówiąc. Dziwnie jest ten świat urządzony. A może im ten palec wyrósł, bo długo ćwiczyli łapy? Oni ciągle coś robią – przynoszą różne rzeczy, naprawiają, naciskają, przerzucają. Dodatkowy palec musi być im wyjątkowo przydatny. „Ćwiczenie czyni mistrza polowania”, jak to wie każdy kot. Jeśli tak jest – to może być trochę straszne, bo wychodzi na to, że jak będę dużo chodzić i biegać, i łapać, to mi podrośnie ten dodatkowy palec! I wtedy będę dziwny hmm. Ale jak tu wytrzymać bez chwytania w łapki? Ale z drugiej strony – te wszystkie duże koty, które widziałem, na pewno dużo biegały, polowały, skakały i robiły mnóstwo innych fantastycznych rzeczy, a mają tyle palców, co ja. Dziwne, dziwne… Wiem! Będę ćwiczyć, jak trzeba, i do tego co dzień będę uważnie obserwować swoje łapki. Jak tylko coś zauważę, natychmiast przestaję ćwiczyć i… Nie, to jest bez sensu! Będę twardo ćwiczył i wyrosnę na świetnego kota z taką ilością palców, jak u wszystkich. A jeśli przypadkiem jakoś od tych ćwiczeń coś mi tam wyrośnie, to nie będę się przejmował. Będę wtedy świetnym i wyjątkowym kotem, ot co! I chwileczkę… przecież dodatkowy palec to dodatkowy pazurek, nie? Rety… Właściwie teraz to nawet chciałbym, żeby mi wyrósł. Byłbym wtedy kotem obronnym! Drżyjcie wrogowie kotów, Dima nadchodzi! Cudownie, zaczynam ćwiczyć.

Dima obserwuje niekoci palec

Fot.: Klaudia Goriewa

Tekst: Anna Rau

Żożo opowiada o swoim idolu dnia codziennego

Ja też chciałbym wam o kimś opowiedzieć! Jestem Żożo i znałem Arnolda… - mieszkaliśmy razem – ale jak przeczytałem wspomnienie Wiry, pomyślałem, że też mogę wam opowiedzieć o kimś niezwykłym. O kimś, kto jest z nami i czeka na dom. O Durandalu.

Wszystko zaczęło się od tego, że gdy do nas przybył, to zdziwiłem się, kiedy usłyszałem, jak ma na imię. Bo sam nowy kot mnie nie zaskoczył, był czarny jak ja (czyli fajny), no i taki marny, bo źle się czuł – potem zobaczyłem dlaczego. Ale imię… No, powiedzcie to na głos – „Durandal”. Niezwykłe, prawda? Takie nietypowe niekocie… Nasze imiona najczęściej są krótkie – Żożo, Wira, Żelek, Dima, Dasza... A tu nagle Durandal. Zgłębiłem temat – tym bardziej chętnie, że gdy Durandal się u nas pojawił, to nie tylko przyjechał z bardzo daleka (mi się do dziś w łebku nie mieści, że Na Zewnątrz może być gdzieś TAK daleko, że nie można tam dojść na własnych łapkach!), to jeszcze był ranny – tak poważnie. Miał rozdarte futerko.. no wiecie skórę – pod pachą i na łapce, i to go bardzo bolało. Weterynarz mu to zszywał (to mi się tez w łebku nie mieści) i musiało się przez pewien czas zrastać. I futerko mu odrastało. Durandal jest bardzo młody, jest młodszy ode mnie, więc tym bardziej w trakcie leczenia powinien się zachowywać jak podrośnięty kociak – trochę popsocić, czasem się schować, prychnąć, pacnąć łapką. A on nic. Bardzo go bolało, bo przecież takie rozdarcia bolą, a on nic. I nie prychał, jak się do niego podchodziło, tylko opowiadał, co i jak. Bardzo miło go znać. I do Ludzi ma świetne podejście – wiecie, on jest bardzo wdzięczny, że ktoś go zabrał z tego Zewnętrza i naprawił mu łapkę. I tak kiedyś pomyślałem, że, rety, chciałbym być taki jak on! No i zacząłem się dowiadywać się, co z tym imieniem. Ho ho, jest bardzo stare i takie szacowne, nawet dla Ludzi. W pewnej pradawnej opowieści Durandal to było coś takiego, jak dla nas są pazury. Ale było tak skuteczne, ze dostało własne imię. I właśnie dzięki Durandalowi pewien wielki i mężny Człowiek  walczył o sprawiedliwość i o takie różne dobre cele  Niesamowite! Durandal w pełni na takie imię zasłużył. Spróbuję go namówić, na jakieś małe wspomnienie. To będzie fantastyczne, bo normalnie jest moim idolem! Dla was też nim będzie, zobaczycie.

Durandal

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Wspomnienie o Arnoldzie, który miał pokłutą łapkę

To ja, Wira. Dziś był taki ładny dzień. Słońce cudownie grzało przez szyby… W taki dzień przyjemnie się leży i łapie ciepełko. I dlatego dziś zebrałam się, żeby… Bo wiecie, Arnold sporo takich dni widział. Był już dojrzałym kotem, spokojnym, miłym – tak po ludzku i po kociemu. I zasługiwał na same słoneczne dni. Dlatego wybrałam taki ładny dzień jak dziś, żeby o nim napisać. Żeby coś po nim zostało. Tak. Żeby to po nim zostało.

Arnold trafił do naszego zbiorowego domu tymczasowego tuż po mnie. Wzbudził wśród nas małą sensację, bo trafił tu z własnego domu… Wiecie – takiego, w którym mieszkał przez długi czas. Z własnymi Ludźmi. Tylko że kiedy okazało się, że Arnold jest naprawdę bardzo, bardzo chory – jego Ludzie nie chcieli z nim mieszkać. Stwierdzili, że dla Arnolda będzie lepiej, jeśli się go spokojnie wyśle za Tęczowy Most. Nie umiem tego ocenić i chyba nikt nie umie. Bo czy coś jest racją, czy nie, okazuje się dopiero po długim czasie – i też nie jest takie pewne. I Ludzie, którzy tu o nas dbają, wzięli Arnolda, żeby spróbować go wyleczyć. Za Tęczowy Most zawsze się zdąży, nie? No i Arnold z pokłutą łapką trafił do nas. Nie wiem, czy ktoś z was widział jego zdjęcia. Miał pokłute łapki, bo musiał mieć czyszczoną krew, żeby mógł dobrze kuwetować i jeść. No i dostawał też taki płyn, który go wzmacniał i zabierał ból. A Arnold rozumiał, że mu się pomaga. Wobec nas był zawsze otwarty, choć nie mógł z nami biegać. Ale lubił patrzeć. I czasem opowiadał, jak to się kiedyś bawił, kiedy jeszcze mógł. I mówił, że miał dobre życie. Był bury, pręgowany i miał zielone oczy. Bardzo mi się podobał, bo był podobny do mnie. Był też spokojny i cierpliwy. Ale wiecie… nie mógł długo tak żyć. Nawet weterynarze nie mogą wszystkiego. I Arnold odszedł za Tęczowy Most. Nasi Ludzie siedzieli przy nim do końca, głaskali go i trzymali na kolanach, a on mruczał. Jak mruczał, to znaczy, że czuł się kochany.

Nie wiem, czy napisałam to wspomnienie dobrze… Chyba raczej trochę nieudolnie. Ale zrozumcie, to bardzo trudne. A Arnolda nigdy nie zapomnę. I chciałabym, żebyście też o nim pomyśleli. Bo każdy chciałby być kochany oraz jakoś zapamiętany, prawda? Nawet kot. No i na pewno polubilibyście naszego Arnolda…. Chciałabym go znać w czasie, kiedy nic go nie bolało – i żebyście wy go wtedy widzieli.

Kiedyś powiedział, że najbardziej lubił leżeć w plamie słońca i patrzeć, jak świat się obraca. Tak właśnie powiedział. Arnold był bardzo dobry i mądry.

Arnold

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Ulinek obserwuje wielki deszcz

Jejku, jaka burza! Siedzę na oknie, patrzę i w łebku zawijają mi się różne myśli… Przede wszystkim cieszę się, że mogę siedzieć w swoim ciepłym domu tymczasowym i mam suche futro, łapki, ogon… Bo koty nie boją się wody, ale żeby jakoś za nią specjalnie przepadać, to nie powiem. Oczywiście słyszałem, że niektóre podobno lubią wchodzić do ludzkich wanien i same się pchają pod krany, żeby na nie woda kapała, ale ja nigdy nie byłem z takich. Wiecie, suche i czyste futerko to komfort ciała i spokój ducha.

Jak tak patrzę na nitki deszczu, to myślę też o tych, co na Zewnątrz. Co robią te wszystkie koty i kociaki, które teraz chowają się gdzieś po jakichś okienkach piwnicznych (a i tak to prawdziwi szczęściarze), w jamkach, w załomach i niszach domów, pod krzakami. Wiem też, że niektóre koty mają takie małe domki, które im zbudowali jacyś mili Ludzie. Takie koty z domkami to też szczęściarze.

I jeszcze myślę, skąd jest tyle wody w niebie? Skąd ona się bierze – bo pada i pada. I czemu w jedne dni w ogóle nie pada, a w inne – ciągle. Albo czemu tyle wody spada nagle... Czy ta woda tam się zbiera, zbiera w jakichś wielkich wannach czy miskach, i w końcu się przelewa, i spada na świat, czyli na nas? Może to są jakieś odwrócone prysznice – tylko takie ogromne – podobne do tych, jakie mają Ludzie w łazience… No i jeszcze pozostaje sprawa, skąd się biorą te hałasy na niebie i błyski – te pioruny. Ludzie na pewno mają na to jakieś mądre ludzkie tłumaczenia, ale jakoś mi akurat nigdy o tym nie wspominali. Jak byłem bardzo małym kotkiem to też się nad tym zastanawiałem i nawet pytałem innych kotów, co to jest. Ale nikt nie wiedział. W ogóle pierwszy raz, gdy zobaczyłem burzę, niesłychanie się przestraszyłem. Schowałem się gdzieś – już nawet nie pamiętam gdzie, i nie wyszedłem póki się to nie skończyło. Sądziłem, że to może wielkie ludzkie samochody, które jakiś cudem znalazły się na niebie… Które na przykład wiatr porwał. Że to one zderzają się i wydają taki huk. Wymyśliłem też coś bardziej przyjemnego: że w obłokach mieszkają wielkie i lekkie koty. Takie niebieskie jak niebo, z białymi wąsami i uszami jak chmury. I te koty mają tam bardzo wygodnie.  Całymi dniami bawią się i skaczą w obłoku na obłok, ale jak czasem któryś coś potrąci, na przykład stos kocich miseczek, to one turlają się i obijają o siebie, i tak brzęczą. I straszą ziemskie koty. Śmiesznie to wymyśliłem, nie? Byłem taki mały i zabawny.

Ulinek obserwuje deszcz

Fot.: Klaudia Goriewa

Tekst: Anna Rau

Florek i Fotek rozmawiają o przyszłości

- Florek, słyszałeś, jak o nas opowiadałem?

- Bardzo ładnie mówiłeś. Wszystko to prawda. Jesteśmy grzeczni.

- A ty jesteś mięciutki i ciepły!

- Myślisz, że na świecie naprawdę jest dużo zwierzątek i Ludzi?

- Nie wiem, ale jak będziemy duzi, dowiemy się wszystkiego.

- I wtedy już będziemy we własnym domku?

- Na pewno. Ludzie lubią kociaki.

- Ale my wtedy już będziemy duzi…

- Ale i tak będziemy grzeczni i mięciutcy.

- I ciepli! Ale jesteś sprytny.

- To teraz będziemy spać?

- Tak. Jak się śpi, to się rośnie.

Florek i Fotek szepczą przed snem

Fot.: Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau

Fotek dużo opowiada o sobie, choć jest bardzo malutki

Jestem Fotek i jestem malutki. Mam coś powiedzieć o sobie, żeby się ładnie pokazać Ludziom. Nie wiem, ilu jest Ludzi, bo wcale wielu nie widziałem. Nie widziałem też wielu kotków. Ludzie są mili, bo się nami opiekują. Kotki też są miłe. Są większe ode mnie i mają takie futerka, i uszka jak ja. I na Świecie są chyba też inne zwierzątka.

Jestem na świecie sam z moim braciszkiem, Florkiem. Lubię mojego braciszka, bo jest zabawny, i lubię z nim spać, bo jest cieplutki i miękki jak kocyk. Też jest malutki. Lubię się bawić jego ogonkiem.

Kocyk jest duży. I Świat jest duży, bo jest większy od kocyka. Ale ja na razie daleko nie chodzę, bo jestem malutki.

Lubię spać i jeść. I się bawić z braciszkiem, a on też lubi spać i jeść. Jesteśmy podobni do siebie. Kiedyś będziemy dużymi kotkami. Poznamy wszystkie zwierzątka. I wielu Ludzi. Będziemy chodzić po Świecie większym od kocyka, i bawić się całymi dniami. Będzie miło, tak miło, że nawet nie umiem tego powiedzieć – tak będzie.

To tyle powiem. Że jestem Fotek, i że czekamy z braciszkiem na domek. I że jesteśmy bardzo grzeczni.

Fotek, który jest naprawdę malutki

Fot.: Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau

Chili trochę wspomina, a trochę popada w melancholię

Chciałabym być małym kociakiem. A wiecie, dlaczego? Nigdy byście się nie domyślili. Ale najpierw popatrzcie… Widzicie, co mi Ludzie powiesili? Kociak-Gigant! Taki obrazek. Gdybym była mała, na pewno wyobrażałabym sobie niesłychane rzeczy na temat tego obrazka i w ten sposób świetnie bym się bawiła. Wyobrażałabym sobie, że to mój przyjaciel do skakania, ganiania się i mocowania. Albo że to taki kot, który się mną opiekuje. Albo że nocą, gdy zasypiam, zamieniamy się miejscami, i zwiedzam świat, który jest daleko. I tak ogólnie – wyobrażałabym sobie, że świat jest koci i puchaty. Ale mam już pół roku i jestem duża. Wiem, że to tylko obrazek i choć jest zabawnie, że Ludzie go powiesili, to już nikt mnie nie przekona, że ogólnie świat jest puchaty... Choć ja nie mogę narzekać. Miałam dużo szczęścia w życiu. Poznałam miłe koty i Ludzi. I może jeszcze coś bardzo bardzo miłego mnie spotka?... I z wyobraźnią nie jest źle – bo nie myślcie, że większe koty nic sobie nie wyobrażają! Wyobrażamy sobie, co jest tam, gdzie nas nie ma, a gdzie coś tak dziwnie szeleści. Co to znaczy być kotem i Człowiekiem. Bo gdy tak na was patrzymy z dołu, to myślimy o was…Tak do was mówię, ale tak naprawdę jakaś taka melancholijna jestem… Dziwne, bo normalnie to na co dzień, albo się bawię, albo jem, śpię i obserwuję, czyli Chili na posterunku. Ale wiecie, ostatnio trochę smutnych rzeczy się sypnęło. I Pirat nadal szuka domu – choć już wydawało się, że będzie dobrze, i Księżna. I tyle tych maluchów, co czekają na domek. Albo już nie czekają... I przecież w Wielkim Świecie, gdzie teraz jest ciepło, tyle kotów ma tak sobie... I innych istot też, nie-kotów, bo przecież każdy chce być szczęśliwy i mieć dom. Będzie dobrze, prawda? Powiedzcie, że będzie dobrze i trzymajcie za nas wszystkich czekających na dom kciuki – jak wy to mówicie. I za tych innych. I jak tak wszyscy będą pozytywnie myśleć i działać, na pewno i naprawdę będzie lepiej. Tak myślę. Tylko nie wiem, czemu jestem dziś taka jakaś melancholijna.

Chili ćwiczy wyobraźnię

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst : Anna Rau