Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Gracjan podaje dobre sposoby na jesienną pluchę

A ja lubię jesień. Co prawda tak znowu dużo to ich nie widziałem, ale skoro widziałem już wszystkie cztery Wielkie Zmiany w Roku, czyli wiosnę, lato i tak dalej, to wiem, co lubię. No i to już jest moja druga jesień! Ale też wiem, czemu inni nie bardzo ją lubią. Bo po pierwsze trochę pada. No pada. Ale ostatnio jakby po prostu dużo pada, nie tylko teraz, jesienią. A do tego wiem, że Ludzie mają taki sprytny patent na padanie – noszą ze sobą takie rozkładane daszki, i to jest świetne! Bo jak do mnie przychodzą, to je rozstawiają „do schnięcia”, i ja wtedy, i reszta ferajny, możemy się za nimi chować. Po drugie, jesienią trochę wieje zimnem od okna. No zgadzam się, wieje. No i te ptaszki, co jakoś lubiły skakać Na Zewnątrz tak niedaleko od naszego okna, to teraz skaczą jakoś bardziej i ciągle są zajęte poszukiwaniem jedzenia, więc nawet im się przypatrzeć za dobrze nie można. Ale to też nic. Na wszystko jest rada. Wiecie, ja jestem niespotykanie spokojnym kotem: lubię głaskanie, pełną miseczkę i obserwację świata. I zapewniam was, że więcej nie trzeba na miłe spędzenie jesieni! Czyli: trzeba mieć kocyk o zawinięcia, albo wylegiwania się, od czasu do czasu wykonać skok do przyjemnie zapełnionej miseczki, a potem spędzać czas na myśleniu i spaniu, albo jeszcze do tego pozwalać komuś, żeby cię drapał za uchem... I już – jesień udana! Oczywiście mówię to wszystko jako szczęściarz z domkiem tymczasowym… Więc bardzo polecam jeszcze jeden sposób na dobrą jesień, czyli zapewnienie dobrej jesieni komuś innemu. Napełnianie jakiejś miseczki któremuś z kotów Na Zewnątrz, bo one mają trochę trudniej z lubieniem jesieni. Tak wiecie, co dzień. Bo każdy lubi jeść co dzień. Albo zaopatrzenie komuś domku, czy organizacja spokojnej miejscówki. Albo nawet tym ptakom, co tak skaczą, sypnięcie tu i ówdzie jakichś ziarenek, czy czegoś, co lubią. To wtedy nie będą tak gorączkowo skakać i będzie można na nie dłużej popatrzeć. No i wtedy z osobistej dobrej jesieni robi się ogólna dobra jesień. No i kto jest takim mądrym kotkiem? Gracjan! Czyli ja.

Gracjan podczas jesiennego drapania za uchem

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Enek ostrzega przed drapieżnymi stworami, które udają przyjaciół

Czy świat, na którym grzeczne kotki są gryzione przez jakieś wstrętne stwory, jest sprawiedliwy?! Nie jest! I co to w ogóle było!!! Okropne! Niekocie!!!

Było tak: siedziałem sobie dziś jak aniołek na oknie i obserwowałem Świat na Zewnątrz. Było ciepławo i jasno, i całkiem milutko. I wtedy z drugiej strony szyby zaczął się kręcić taki śmieszny zwierzak. Bzyczał i fruwał, i próbował wfrunąć do mnie, od czasu do czasu obijając się o szybę. Był po prostu świetny i miał takie zabawne paski. Bardzo mu kibicowałem, bo byłem niemal pewny, że dostrzegł mnie z zewnątrz i chciał się ze mną pobawić. Tak jak komary i muchy, z którymi zabawa jest fantastyczna.  No, więc kiedy pasiasty sprytnie wślizgnął się przez poziomą szczelinę w uchylonym oknie, aż podskoczyłem z radości i zacząłem klaskać w łapki, żeby nowego przyjaciela zachęcić. I muszę powiedzieć, że był wręcz zachwycony! Zaczął koło mnie krążyć, cały czas milutko bzycząc. Bardzo szybko latał, zbliżał się i oddalał, a ja wreszcie mogłem sobie pobiegać z kimś mniejszym ode mnie. I to z kimś o wiele inteligentniejszym niż muchy, które chyba nie za bardzo wiedzą, o co chodzi w dobrej zabawie… Po pewnym czasie jednak w końcu obaj się zmęczyliśmy i ja położyłem się na kocyku, a bzykacz też gdzieś sobie przysiadł, bo jakby zniknął. I gdy leżałem sobie grzecznie i już myślałem, czy po tak wyczerpującym bieganiu należy mi się podwieczorek, poczułem, że coś mnie łaskocze na pyszczku. No to turlnąłem się i chciałem się podrapać tylną łapką… I wtedy coś mnie okrutnie ugryzło tuż koło oka!!! I to był ten pasiasty potwór, co tak udawał, że jest przyjazny i fajny! Jak to bolało! Mój Człowiek, który chyba zorientował się, że miał tu miejsce zdradziecki napad, szybko zorganizował akcję ratowniczą – pomajstrował mi przy pokąsanym miejscu, które bolało i piekło (nie byłem zadowolony), a potem przykładał do niego coś chłodnego, i wtedy już było lepiej. I tak sobie teraz leżymy, a on mnie pociesza. A ja ciągle myślę, jaki ten świat jest dziwny. Żeby tak grzecznego kotka napadać. I kąsać. Bez powodu. Czy ja kogoś kiedyś pokąsałem bez powodu?! Nigdy. Niesprawiedliwe to wszystko. Obrażam się.

Bohaterski Enek

Fot.: Edyta Kamińska-Jacewicz

Tekst: Anna Rau

Igor opowiada, jak to jest, kiedy się wszystko rozumie

Mój Człowiek mówi na mnie Igor i to świetne imię. Jestem mały Igor. A może nie jestem Igor i to wszystko mi się śni? Teraz jest dla mnie tak inaczej, że już nie wiem, czy to prawda. Bo jeszcze niedawno chodziłem, chodziłem, chodziłem i wszędzie była trawa, i ziemia, i kamienie, i te wielkie burczące pojazdy, pod którymi można się chować, i byłem głodny. I kiedy tak wąchałem za jakimś jedzeniem, znalazł mnie jeden Człowiek i powiedział, że jestem malutki i że nie powinienem sam chodzić. Pomyślałem, że już nie jestem taki malutki, bo mam trzy miesiące i świetnie sobie radzę, ale było bardzo mokro i wiało, i oko mnie piekło, i nie wiedziałem, dokąd iść. I naprawdę byłem głodny. Ten miły Człowiek mnie zabrał na rękach ze sobą. Jak mnie tak niósł, to pomyślałem, że naprawę jestem malutki. U Człowieka było ciepło i dostałem jeść w miseczce. I mnie głaskał. Tylko ten Człowiek nie mieszkał sam i ci inni powiedzieli, że nie mogę tam za długo być. Ja to rozumiałem, bo świat jest tak urządzony, więc i tak fajnie, że się najadłem i miałem ciepło w nocy. I wtedy pojawił się Człowiek, który jest teraz Moim Człowiekiem, i mnie zabrał, i u niego teraz mieszkam. I mam swoją miseczkę, a w oczy dostaję kropelki, których nie lubię, ale one mnie leczą, a ja jestem duży kociak, więc to rozumiem. Kiedyś, kiedyś, kiedy byłem naprawdę malutki i nawet nie myślałem, że będę Igor, miałem mamę i dom z Ludźmi, ale potem już nic nie miałem. To teraz cieszę się ze wszystkiego i wszystko rozumiem.

Igor

Fot.: Krystian Wilczewski

Tekst: Anna Rau

Homar opisuje dość udaną wizytę u weterynarza

Hej, tu Homar! Homar!!! Otwórzcie drzwi!! Dobra, już się nie wygłupiam. Tylko wiecie, ciągle jestem w szoku po tym, co mi wczoraj zrobiła weterynarz... Bo czy kiedykolwiek czyścił wam weterynarz uszy?! Nie? To musicie wszystko przeczytać, bo kto wam lepiej o tym opowie niż ja.

Pamiętacie, jak krążyłem i szukałem swojego domu, a potem miałem problem z Bezą, która w ogóle nie chciała się ze mną bawić? (Beza, pozdrawiam cię i nie mam urazy). Teraz mieszkam u Człowieka, który co prawda nie ma żadnego kota do zabawy, ale jest w porządku. Oczywiście od razu sprawdziłem wszystkie drzwi, ale żadne nie otwierają się na mój stary dom… Tak czy owak jest tu sporo miejsc do wpychania nosa, zwiedzania, chowania się, siedzenia i wyglądania oraz do innych ważnych czynności, więc mi się podoba. I tak sobie szczęśliwie mieszkaliśmy przez tydzień od przeprowadzki – ale chyba ktoś uznał, że jest za pięknie... I wczoraj popołudniu zaproszono mnie dość uprzejmie do transportera - a ja skorzystałem, bo każda okazja do zabawy to najlepsza okazja! - i wyniesiono Na Zewnątrz. Najpierw mi się podobało, a potem trochę miauczałem. Żeby nie myśleli. I u weterynarza też miauczałem, choć ogólnie to tam było ciekawie: doktor wypytała mnie, czy mi się podoba, czy się dobrze czuję, czy na coś narzekam… Ale potem nagle zaczęła czyścić mi uszy! Wiecie, mokrym kłębuszkiem wycierała mi ucho po uchu… To znaczy oba – żeby było jasne. I to mi się bardzo nie podobało, bo uszy to czyszczę sobie sam!!! I do tego coś tam sugerowała, że jak tak sobie chodziłem i szukałem „tych” drzwi, to te moje uszy „mogły coś załapać”. Jednak przyznaję, że wtedy przestałem miauczeć i zacząłem się zastanawiać, co można załapać w uszy... Do tego była tam taka poduszka w kocie łapki i poprzednio chyba na niej siedział kot, albo coś, bo pachniała przyjemnie futerkiem, i w końcu zacząłem zwiedzać gabinet, a nawet taki blat, na którym stały różne butelki i pudełka, i zrobiło się znowu miło. Tylko nie pozwolili mi nic zrzucić. A powinni – za to czyszczenie uszu! No i w końcu wróciłem w transporterze do domu. A po drodze dla porządku trochę miauczałem.

Weterynarz na pożegnanie powiedziała, że za jakieś dwa dni można mi trochę doczyścić uszy w domu. Phi. Niedoczekanie.

Homar i jego czyste uszy

Fot.i tekst: Anna Rau

Eros opowiada, jak jeździli od domu do domu i… do domu

Ostatnio spotkało nas – to znaczy mnie i Enzo – coś bardzo dziwnego… Ale to było też zabawne – tak sobie pojeździć z naszego domku tymczasowego do tego drugiego, przenocować, przenocować, i potem znów wrócić. Taka wycieczka. Ale byłem też trochę zdziwiony, bo to chyba inaczej miało być… Ale zabawnie też było. Bo wiecie, początek był taki, że byliśmy w naszym domku tymczasowym, byliśmy, byliśmy, byliśmy… (No wiem, że to na razie mało ciekawe, ale jak mam opisać wszystko, co robiliśmy w tym domku. Zresztą wiadomo, co – to, co wszyscy. Ale poczekajcie, zaraz będzie najważniejsze!). No i któregoś razu poznaliśmy bardzo miłych Ludzi, którzy naszym Ludziom (od tymczasowania) powiedzieli, że jesteśmy super kociaki i dadzą nam domek na zawsze!!! To myśmy się ucieszyli i od razu zaczęli pakować! Nie, żeby nam było źle – nie myślcie, no ale nasi Ludzie też nas dopingowali i mówili, że będzie świetnie, że tamci Ludzie bardzo lubią koty i będziemy mieli jak małe słoneczka w obłoczkach. Kto by nie chciał mieć jak słoneczko w obłoczku! I któregoś dnia pojechaliśmy w transporterze. Normalnie cała wyprawa była! Nie, że daleko, ale że z fasonem, bo  myśmy trochę miauczeli, żeby wszyscy wiedzieli, że się cieszymy chi chi. No i na miejscu okazało się, że ci nasi na zawsze Ludzie naprawdę są fajni. Mieliśmy miseczki, posłania i zabawki, i oni się z nami bawili. Mi się bardzo podobało! Enzo też oczywiście. Ludziom chyba też, bo nas głaskali. Rano, jak się tylko obudziliśmy, tak się cieszyliśmy, że jesteśmy wreszcie u celu, że zaczęliśmy się bawić sami. Na dywanie, w oknie i na fotelu. I sobie biegaliśmy tam i z powrotem. Potem z kuwetą było wszystko w porządku, i śniadanie było ekstra. I się bawiliśmy. Cały dzień. I spaliśmy. Mi się znowu bardzo podobało! Rety, wszystkie dni takie! Enzo też był zadowolony. Ludzie chyba też. Mówili, że jesteśmy bardzo żywi, i tak biegamy, i wspinamy się, i drapiemy. Podobaliśmy się im. A trzeciego dnia wszystko zaczęło się tak samo, to znaczy zabawa, jedzonko, zabawa, jedzonko… i mi się bardzo podobało, Enzo też, tylko Ludzie powiedzieli, że… może jednak wrócimy do domku tymczasowego. Bo tam to dopiero będziemy się bawić, a oni zaraz wyjeżdżają, to jak byśmy się bawili bez nich. No i wróciliśmy. Lubimy nasz domek tymczasowy, więc bardzo się ucieszyliśmy na widok naszych Ludzi i rzeczywiście bawiliśmy się, że ho ho. A nasi Ludzie nam mówili, że mamy się nie przejmować, że to była taka próba i wycieczka, że jesteśmy super kociaki i dlatego mogliśmy sobie zwiedzić tamten domek. Dziwne, nie? Ale i zabawne. Grunt, że się wszystkim podobało.

Eros się bawi

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Sally snuje rozważania kąpielowe

Czy ktoś wie, po co Ludzie wchodzą do wody? Ja jeszcze tego nie odgadłem. A już trochę na to patrzę. Wiecie, za każdym razem, kiedy rano i wieczorem widzę, że szykuje się to widowisko, to biegnę, żeby pooglądać! No i może coś wymyślić. Bo po co?! Woda jest do picia. Wiadomo. Woda, gdy cieknie z kranu, jest bardzo zabawna i można ją chwytać łapką. Bardzo to lubię. Tylko potem łapka jest mokra i to jest minus zabawy. Ale żeby wchodzić całemu?... I tak się – wiecie – polewać. No coś strasznego. Kilka razy na mnie kapnęło, to się otrząsałem i uciekłem. Ale i tak od razu trzeba było czyścić futerko. Słyszałem, że podobno gdzieś jakieś koty lubią wchodzić do wody, ale mi się nie chce w to wierzyć. Przecież po tym trzeba by się umyć! – i to w całości. Strasznie dużo roboty. Choć ja lubię, się myć – nie myślcie. No i jak się wsadzi całą łapkę do wody (kiedyś wsadziłem, bo robiłem eksperyment) to od razu było mi w nią zimno. To teraz wyobraźcie sobie - tak wejść w całości. Brrr. Więc może Ludzie wchodzą, żeby się po prostu ochłodzić? Ale przecież nawet zimą się polewają tą wodą, a wtedy wcale nie jest ciepło. No i co tu mówić o chłodzeniu kogoś, kto nie ma futerka i musi nosić jakieś dziwne materiały na sobie. A do tego Ludzie, polewając się, używają jeszcze innych rzeczy – takich płynów, co stają się pianą, albo takich gąbek, co są mokre, jak się je naciśnie łapką. Wszystko takie niekocie. Bo ta piana to tak mocno pachnie! Ale nie jedzeniem, czy futerkiem, tylko tak śmiesznie, że od tego się kicha. Co prawda Ludzie nie kichają – ale i tak to są dziwne obyczaje… Dlatego za każdym razem, kiedy słyszę odgłos początku ceremoniału, zawsze wracam, obserwuję i rozmyślam… Hmm… Może to taka tradycja? Żeby upamiętnić… upamiętnić… Wielką Rybę! Nie wiem, skąd mi ta Ryba przyszła do głowy, pewnie dlatego, że ostatnio Ludzie jedli rybkę i to było również dla mnie bardzo miłe. Może polewają się, bo prostu to lubią? Ale takie lubienie to się w łebku nie mieści. Nie wiem, czy mnie rozumiecie, bo właśnie mi przyszło do głowy, że sami się tą wodą polewacie…

Sally obserwuje

Fot.: Klaudia Goriewa

Tekst: Anna Rau

Homar zwany Witkiem miauczy, bo chce, żeby mu otworzono

To był bardzo, bardzo ładny poranek, a wcześniej była bardzo ładna noc. A ja byłem trochę głodny, ale przede wszystkim szukałem. Przecież jeszcze niedawno byłem w moim domu! Otworzyłem drzwi jak zawsze! Ale potem chyba skręciłem nie w tę stronę. A jeszcze wiecie… w nocy biega tyle ciekawych żyjątek, które lubią się bawić… Chciałem się z nimi pobawić i po prostu za nimi szedłem. A potem zrobiło się rano i ja pomyślałem, że jak nie będę głośno miauczeć, to koniec. Zawsze, jak miauczałem, to mnie wpuszczali. To może i tu nagle otworzą się jakieś drzwi i to będą te moje. Dziwne to wszystko. Wokół taka droga, gdzie jeżdżą te wielkie potwory, co w nich siedzą Ludzie. Wcześniej ich tylu nie było! Gdzie ja jestem, rety…  Zajrzałem do takiego wielkiego, wielkiego domu. Tam było mnóstwo ludzi, i coś grało, albo grzmiało, a oni tak stali. To ja miauczałem, bo szukałem domu. I wtedy taki dość miły Człowiek mnie pogłaskał i wyprowadził. I dobrze, bo to nie był mój dom. I dalej miauczałem, biegając wokół tego wielkiego domu… Zajrzałem w jedne drzwi, drugie i znowu miauczałem, bo to nie był mój dom, a ja liczyłem na te moje magiczne drzwi, i wtedy jakiś Człowiek zawołał mnie przez trawnik! Może coś zrozumiał i zaprowadzi mnie do domu?! Przybiegłem, ile sił w łapkach! Ale on dał mi jeść – co oczywiście było dobrym wstępem – więc zjadłem, trochę się krztusząc, bo już dawno nie jadłem, a potem zacząłem się ocierać i wspinać na łapki, żeby mnie zaniósł, tam gdzie wiecie. I trochę miauczałem, gdy zachodził do różnych miejsc i rozmawiał z innymi Ludźmi. Bo to wszędzie nie był mój dom – więc musiałem miauczeć. A końcu zaniósł mnie do jakiegoś kolejnego i… zostaliśmy. Nie jest źle, tylko tu nie ma drzwi, przez które mógłby wychodzić w świat i bawić się ze stworzeniami. To znaczy są, ale jak na nie skaczę, to nie chcą się otwierać. Bez sensu te drzwi. I tu mieszka jeszcze jedna kotka. Beza. Jest dorosła i ciągle na mnie prycha. Ja jej nawet pokazałem brzuszek na znak, że lubię się bawić i rozumiem, że ona tu mieszka, i może nam być razem miło. Ale ona mi nie wierzy i prycha. I się chowa. Człowiek jest w porządku. Dał mi podusie, miseczkę, kuwetkę, bawi się ze mną… O! Tu jest dużo piłeczek i zabawek! Super. Żeby jeszcze ta Beza chciała się ze mną bawić. Ale ona się obraża. Nie wiem, o co jej chodzi. Jestem tu trzeci dzień i jest tak śmiesznie. Inaczej. Co dzień trochę miauczę, bo może mój dom z "tymi" drzwiami gdzieś się tu chowa, i znowu mi otworzą te drzwi. Bo to nie jest mój dom.

Homar zwany Witkiem

Fot. i tekst. Anna Rau

Ulinek rozmyśla nad dźwiękami, które mogą przyjemnie budzić

Teraz jest tak cieplutko i przyjemnie, że nawet Ludzie inaczej żyją! Przez dłuższy czas więcej są w domu, później wstają, czasem z kolei na cały dzień wychodzą i mówią, że byli nad wodą… Dziwne to trochę, bo ja myślę, że gdy jest tak cieplutko, to powinno się więcej leżeć i odpoczywać na miękkim. Przecież jak jest gorąco, to energia ucieka… Tylko leżeć. Oczywiście w końcu mija trochę czasu – choć nadal jest ciepło – i Ludzie jednak znowu wcześnie wstają, albo gdzieś się spieszą, i wtedy sami nie budzą się, o której chcą, tylko coś ich musi obudzić. (No niby ja bym mógł budzić Ludzi – bo im wcześniej wstaną, tym wcześniej ja mam śniadanie, ale ja nie jestem z tych, co chcą robić sobą kłopot. Wiecie – tak budzić łapką albo pyszczkiem, to chyba by nie było elegancko… Sam nie wiem, co na to Ludzie). No więc dlatego Ludzie mają tzw. budzik. I to jest taki przeraźliwy dźwięk, który albo gra w kółko jakąś głośną melodyjkę, albo czasem dzwoni, albo piszczy. No coś strasznego, mówię wam! Ja za Chiny nie chciałbym, żeby coś takiego mnie budziło! Ale widocznie taki los Człowieka… I tak patrząc, jak oni rano cierpią, zacząłem się zastanawiać, jaki sam bym chciał budzik… Na przykład lubię, jak mnie budzi łupnięcie w blaszany parapet. To oznacza, że właśnie na oknie wylądował okrągły gołąb i można skoczyć na szybę, żeby się ucieszył, że ktoś się z nim bawi. On wtedy tak śmiesznie podskakuje i sobie lata. Lubię jak mnie budzi dźwięk klucza do drzwi – bo to oznacza, że Ludzie wrócili i można pobiec do drzwi, a na powitanie długo miauczeć i się ocierać, bo się cały czas bardzo tęskniło. A czasem nawet można zrewidować torby. Lubię, jak mnie budzi dźwięk otwieranej lodówki! Wtedy bardzo szybko biegnę, bo to co prawda oznacza, że Człowiek coś bierze dla siebie, ale poobserwować i prosić to wielka uciecha. Jest to też wielka szansa na dodatkowy smakołyk. Lubię dźwięk otwieranej szafy. Bo to oznacza nowy mebel do zwiedzania – tam jest tyle półek do leżenia! Wiele dźwięków lubię! Właściwie to bardzo, bardzo, najbardziej lubię… dźwięk ludzkiego budzika! Bo to oznacza, że zaraz będzie śniadanie, że zaraz zostanę wygłaskany i powitany, że zaczyna się nowy dzień, w którym wszystko może się zdarzyć! Chyba jestem optymistą, nie? Ale naprawdę – każdy dzień jest tak dobry… Jestem w fajnym domku tymczasowym i czekam na własny domek. Super. Kocham budziki.

Ulinek z przyjemnością słucha

Fot. Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Enzo (wraz z braćmi) rozwiązuje swoją pierwszą zagadkę

Grig powiedziała ostatnio coś bardzo ważnego - o futerkach i Ludziach. Zwróciliście na to uwagę? Ja tak, bo to jest jedna z najwcześniejszych zagadek w moim życiu… Wiecie, jestem mały i kiedy po raz pierwszy zobaczyłem, że Ludzie mogą zmieniać kolor, po prostu nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Popatrzcie na to, jak ja: chodzi sobie koło mnie Człowiek, tak na tylnych łapach… eee… nogach, i te nogi ma czarne. Jutro – patrzę – a nogi ma białe! Niesamowite!!! A potem granatowe. I to samo z całością Człowieka, bo nie wiem, jak to inaczej nazwać. Krótko mówiąc, chodzi sobie Człowiek i jednego dnia jest zielony, drugiego niebieski, a trzeciego – pomarańczowy! Kiedy powiedziałem o tym braciom Erosowi i Eddy’emu, to się bardzo śmiali, bo to niepoważne kociaki są doprawdy, a potem razem zaczęliśmy rozwiązywać tajemnicę… Ostatecznie nie było to trudne, ale trzeba było uważnie poobserwować Ludzi, a nie tylko rzucać się na jedzonko, jak niektórzy (Eros i Eddy, gdyby ktoś miał wątpliwości). Ludzie owijają się takimi miękkimi rzeczami, żeby zmieniać kolory, a potem jak je zdejmują, to są innego koloru niż te rzeczy. Trochę skomplikowane, ale chyba wiecie, o co chodzi. Gdy to odkryłem, spróbowałem owinąć się w kocyk, żeby wyglądać jak Człowiek, ale coś poszło nie tak. Było mi bardzo niewygodnie, a poza tym ten kocyk ewidentnie zaczął na mnie polować – więc musiałem go skopać i pogryźć, żeby mnie puścił i nauczył się moresu. Jak ten kocyk sam zaczął, to niech się liczy z konsekwencjami. To znaczy ja zacząłem, ale nie chodziło mi o polowanie na mnie, tylko o naukę! Tak czy owak, wracając do kolorów – zrozumiałem, że zmiana koloru jest bardzo trudna, bo żeby nosić na sobie kolejne warstwy materiałów i ich nie kopać, i nie gryźć, trzeba być bardzo opanowanym i czujnym. A może Ludzie to noszą, żeby ćwiczyć męstwo i opanowanie? Eros z kolei mówi, że noszą to, bo im smutno, że nie mają futerek, a Eddy – jako że słyszał o takim śmiesznym zwierzaku, co się nazywa kameleon i ciągle zmienia kolor – że kameleony są dla Ludzi bardzo ważne, i to na cześć kameleonów. Muszę wam powiedzieć, że to najbardziej szalona teoria, o jakiej słyszałem, ale nie można jej odrzucić. Myślę, że najlepiej byłoby o to spytać jakiegoś kameleona, bo Ludzie mogliby się nie przyznać, nie? Halo! Jest tu jakiś kameleon?!

Enzo wypatruje kameleonów

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Grig i Gulasz w bardzo dobry sposób spędzają czas

- Myślisz, że dobrze robimy?

- Heeej, przecież nic nie robimy.

- No właśnie. A Ludzie zawsze mówią, że jak „taki ładny dzień”, to nie wolno go marnować, tylko trzeba coś robić, a nie wylegiwać się w łóżku. A my sobie właśnie się wylegujemy.

- Ale nie w łóżku.

- No prawda!

- A co chciałabyś robić?

- Nic. Jest tak ciepło. Teraz czasem zazdroszczę Ludziom, że nie mają futerek, a jak noszą te swoje ubrania, to że mogą je zdejmować.

- Chi chi, wiesz, jak byś wyglądała bez futerka?!

- Cudownie, kochana, oczywiście, że cudownie!

- He, powiedzmy.

- Możesz się śmiać, ale wiesz, że są na świecie koty, które nie mają futerek? I na pewno nikt się z nich nie śmieje!

- Rety, biedaki. Wyobrażasz je sobie Na Zewnątrz? Kiedy już się skończy to ciepło i przestanie być przyjemnie?

- Myślę, że te niezwykłe koty nie muszą się martwić o domki, kiedy już nie jest ciepło, wiesz? Jak czegoś jest mało, to jest dużo warte i wtedy Ludzie to szanują. A jak czegoś jest dużo…

- Gulasz, wiem, co chcesz powiedzieć… Że jak na świecie jest dużo buro-pasiastych kotów, to mają szczęście, jeśli ktoś je przygarnie.

- No. I my mamy szczęście, że mamy domek tymczasowy, a może też niedługo jakiś Człowiek będzie nas chciał na zawsze!

- Ciebie pewnie tak, ale mnie hmm…

- Grig, nie mów tak. Każdy kot znajdzie swojego Człowieka – naprawdę.

- Jesteś burą optymistką.

- I do tego mi cieplutko.

Grig i Gulasz nie tracą czasu

Fot.: Andrzej Poterała

Tekst: Anna Rau