Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Homar zwany Witkiem miauczy, bo chce, żeby mu otworzono

To był bardzo, bardzo ładny poranek, a wcześniej była bardzo ładna noc. A ja byłem trochę głodny, ale przede wszystkim szukałem. Przecież jeszcze niedawno byłem w moim domu! Otworzyłem drzwi jak zawsze! Ale potem chyba skręciłem nie w tę stronę. A jeszcze wiecie… w nocy biega tyle ciekawych żyjątek, które lubią się bawić… Chciałem się z nimi pobawić i po prostu za nimi szedłem. A potem zrobiło się rano i ja pomyślałem, że jak nie będę głośno miauczeć, to koniec. Zawsze, jak miauczałem, to mnie wpuszczali. To może i tu nagle otworzą się jakieś drzwi i to będą te moje. Dziwne to wszystko. Wokół taka droga, gdzie jeżdżą te wielkie potwory, co w nich siedzą Ludzie. Wcześniej ich tylu nie było! Gdzie ja jestem, rety…  Zajrzałem do takiego wielkiego, wielkiego domu. Tam było mnóstwo ludzi, i coś grało, albo grzmiało, a oni tak stali. To ja miauczałem, bo szukałem domu. I wtedy taki dość miły Człowiek mnie pogłaskał i wyprowadził. I dobrze, bo to nie był mój dom. I dalej miauczałem, biegając wokół tego wielkiego domu… Zajrzałem w jedne drzwi, drugie i znowu miauczałem, bo to nie był mój dom, a ja liczyłem na te moje magiczne drzwi, i wtedy jakiś Człowiek zawołał mnie przez trawnik! Może coś zrozumiał i zaprowadzi mnie do domu?! Przybiegłem, ile sił w łapkach! Ale on dał mi jeść – co oczywiście było dobrym wstępem – więc zjadłem, trochę się krztusząc, bo już dawno nie jadłem, a potem zacząłem się ocierać i wspinać na łapki, żeby mnie zaniósł, tam gdzie wiecie. I trochę miauczałem, gdy zachodził do różnych miejsc i rozmawiał z innymi Ludźmi. Bo to wszędzie nie był mój dom – więc musiałem miauczeć. A końcu zaniósł mnie do jakiegoś kolejnego i… zostaliśmy. Nie jest źle, tylko tu nie ma drzwi, przez które mógłby wychodzić w świat i bawić się ze stworzeniami. To znaczy są, ale jak na nie skaczę, to nie chcą się otwierać. Bez sensu te drzwi. I tu mieszka jeszcze jedna kotka. Beza. Jest dorosła i ciągle na mnie prycha. Ja jej nawet pokazałem brzuszek na znak, że lubię się bawić i rozumiem, że ona tu mieszka, i może nam być razem miło. Ale ona mi nie wierzy i prycha. I się chowa. Człowiek jest w porządku. Dał mi podusie, miseczkę, kuwetkę, bawi się ze mną… O! Tu jest dużo piłeczek i zabawek! Super. Żeby jeszcze ta Beza chciała się ze mną bawić. Ale ona się obraża. Nie wiem, o co jej chodzi. Jestem tu trzeci dzień i jest tak śmiesznie. Inaczej. Co dzień trochę miauczę, bo może mój dom z "tymi" drzwiami gdzieś się tu chowa, i znowu mi otworzą te drzwi. Bo to nie jest mój dom.

Homar zwany Witkiem

Fot. i tekst. Anna Rau

Ulinek rozmyśla nad dźwiękami, które mogą przyjemnie budzić

Teraz jest tak cieplutko i przyjemnie, że nawet Ludzie inaczej żyją! Przez dłuższy czas więcej są w domu, później wstają, czasem z kolei na cały dzień wychodzą i mówią, że byli nad wodą… Dziwne to trochę, bo ja myślę, że gdy jest tak cieplutko, to powinno się więcej leżeć i odpoczywać na miękkim. Przecież jak jest gorąco, to energia ucieka… Tylko leżeć. Oczywiście w końcu mija trochę czasu – choć nadal jest ciepło – i Ludzie jednak znowu wcześnie wstają, albo gdzieś się spieszą, i wtedy sami nie budzą się, o której chcą, tylko coś ich musi obudzić. (No niby ja bym mógł budzić Ludzi – bo im wcześniej wstaną, tym wcześniej ja mam śniadanie, ale ja nie jestem z tych, co chcą robić sobą kłopot. Wiecie – tak budzić łapką albo pyszczkiem, to chyba by nie było elegancko… Sam nie wiem, co na to Ludzie). No więc dlatego Ludzie mają tzw. budzik. I to jest taki przeraźliwy dźwięk, który albo gra w kółko jakąś głośną melodyjkę, albo czasem dzwoni, albo piszczy. No coś strasznego, mówię wam! Ja za Chiny nie chciałbym, żeby coś takiego mnie budziło! Ale widocznie taki los Człowieka… I tak patrząc, jak oni rano cierpią, zacząłem się zastanawiać, jaki sam bym chciał budzik… Na przykład lubię, jak mnie budzi łupnięcie w blaszany parapet. To oznacza, że właśnie na oknie wylądował okrągły gołąb i można skoczyć na szybę, żeby się ucieszył, że ktoś się z nim bawi. On wtedy tak śmiesznie podskakuje i sobie lata. Lubię jak mnie budzi dźwięk klucza do drzwi – bo to oznacza, że Ludzie wrócili i można pobiec do drzwi, a na powitanie długo miauczeć i się ocierać, bo się cały czas bardzo tęskniło. A czasem nawet można zrewidować torby. Lubię, jak mnie budzi dźwięk otwieranej lodówki! Wtedy bardzo szybko biegnę, bo to co prawda oznacza, że Człowiek coś bierze dla siebie, ale poobserwować i prosić to wielka uciecha. Jest to też wielka szansa na dodatkowy smakołyk. Lubię dźwięk otwieranej szafy. Bo to oznacza nowy mebel do zwiedzania – tam jest tyle półek do leżenia! Wiele dźwięków lubię! Właściwie to bardzo, bardzo, najbardziej lubię… dźwięk ludzkiego budzika! Bo to oznacza, że zaraz będzie śniadanie, że zaraz zostanę wygłaskany i powitany, że zaczyna się nowy dzień, w którym wszystko może się zdarzyć! Chyba jestem optymistą, nie? Ale naprawdę – każdy dzień jest tak dobry… Jestem w fajnym domku tymczasowym i czekam na własny domek. Super. Kocham budziki.

Ulinek z przyjemnością słucha

Fot. Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Enzo (wraz z braćmi) rozwiązuje swoją pierwszą zagadkę

Grig powiedziała ostatnio coś bardzo ważnego - o futerkach i Ludziach. Zwróciliście na to uwagę? Ja tak, bo to jest jedna z najwcześniejszych zagadek w moim życiu… Wiecie, jestem mały i kiedy po raz pierwszy zobaczyłem, że Ludzie mogą zmieniać kolor, po prostu nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Popatrzcie na to, jak ja: chodzi sobie koło mnie Człowiek, tak na tylnych łapach… eee… nogach, i te nogi ma czarne. Jutro – patrzę – a nogi ma białe! Niesamowite!!! A potem granatowe. I to samo z całością Człowieka, bo nie wiem, jak to inaczej nazwać. Krótko mówiąc, chodzi sobie Człowiek i jednego dnia jest zielony, drugiego niebieski, a trzeciego – pomarańczowy! Kiedy powiedziałem o tym braciom Erosowi i Eddy’emu, to się bardzo śmiali, bo to niepoważne kociaki są doprawdy, a potem razem zaczęliśmy rozwiązywać tajemnicę… Ostatecznie nie było to trudne, ale trzeba było uważnie poobserwować Ludzi, a nie tylko rzucać się na jedzonko, jak niektórzy (Eros i Eddy, gdyby ktoś miał wątpliwości). Ludzie owijają się takimi miękkimi rzeczami, żeby zmieniać kolory, a potem jak je zdejmują, to są innego koloru niż te rzeczy. Trochę skomplikowane, ale chyba wiecie, o co chodzi. Gdy to odkryłem, spróbowałem owinąć się w kocyk, żeby wyglądać jak Człowiek, ale coś poszło nie tak. Było mi bardzo niewygodnie, a poza tym ten kocyk ewidentnie zaczął na mnie polować – więc musiałem go skopać i pogryźć, żeby mnie puścił i nauczył się moresu. Jak ten kocyk sam zaczął, to niech się liczy z konsekwencjami. To znaczy ja zacząłem, ale nie chodziło mi o polowanie na mnie, tylko o naukę! Tak czy owak, wracając do kolorów – zrozumiałem, że zmiana koloru jest bardzo trudna, bo żeby nosić na sobie kolejne warstwy materiałów i ich nie kopać, i nie gryźć, trzeba być bardzo opanowanym i czujnym. A może Ludzie to noszą, żeby ćwiczyć męstwo i opanowanie? Eros z kolei mówi, że noszą to, bo im smutno, że nie mają futerek, a Eddy – jako że słyszał o takim śmiesznym zwierzaku, co się nazywa kameleon i ciągle zmienia kolor – że kameleony są dla Ludzi bardzo ważne, i to na cześć kameleonów. Muszę wam powiedzieć, że to najbardziej szalona teoria, o jakiej słyszałem, ale nie można jej odrzucić. Myślę, że najlepiej byłoby o to spytać jakiegoś kameleona, bo Ludzie mogliby się nie przyznać, nie? Halo! Jest tu jakiś kameleon?!

Enzo wypatruje kameleonów

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Grig i Gulasz w bardzo dobry sposób spędzają czas

- Myślisz, że dobrze robimy?

- Heeej, przecież nic nie robimy.

- No właśnie. A Ludzie zawsze mówią, że jak „taki ładny dzień”, to nie wolno go marnować, tylko trzeba coś robić, a nie wylegiwać się w łóżku. A my sobie właśnie się wylegujemy.

- Ale nie w łóżku.

- No prawda!

- A co chciałabyś robić?

- Nic. Jest tak ciepło. Teraz czasem zazdroszczę Ludziom, że nie mają futerek, a jak noszą te swoje ubrania, to że mogą je zdejmować.

- Chi chi, wiesz, jak byś wyglądała bez futerka?!

- Cudownie, kochana, oczywiście, że cudownie!

- He, powiedzmy.

- Możesz się śmiać, ale wiesz, że są na świecie koty, które nie mają futerek? I na pewno nikt się z nich nie śmieje!

- Rety, biedaki. Wyobrażasz je sobie Na Zewnątrz? Kiedy już się skończy to ciepło i przestanie być przyjemnie?

- Myślę, że te niezwykłe koty nie muszą się martwić o domki, kiedy już nie jest ciepło, wiesz? Jak czegoś jest mało, to jest dużo warte i wtedy Ludzie to szanują. A jak czegoś jest dużo…

- Gulasz, wiem, co chcesz powiedzieć… Że jak na świecie jest dużo buro-pasiastych kotów, to mają szczęście, jeśli ktoś je przygarnie.

- No. I my mamy szczęście, że mamy domek tymczasowy, a może też niedługo jakiś Człowiek będzie nas chciał na zawsze!

- Ciebie pewnie tak, ale mnie hmm…

- Grig, nie mów tak. Każdy kot znajdzie swojego Człowieka – naprawdę.

- Jesteś burą optymistką.

- I do tego mi cieplutko.

Grig i Gulasz nie tracą czasu

Fot.: Andrzej Poterała

Tekst: Anna Rau

Grig i Gulasz planują ćwiczenie charakterów

- O, popatrz, Grig, Ludzie się nam przyglądają!

- Rety, jeszcze nas wezmą na ręce!

- A ja nawet lubię. A najbardziej, jak drapią w brzuszek.

- Uhm, ja wiem – oni się wtedy cieszą... Ale co ja poradzę, że nie przepadam za noszeniem. A zwłaszcza za drapaniem w brzuszek.

- Może powinnaś się przyzwyczajać? Wiesz, tak specjalnie podstawiać i potem coraz dłużej, dłużej… I w końcu polubisz. Ludzie na pewno bardzo chętnie ci pomogą w przyzwyczajaniu chi chi.

- Ale ja nigdy nie wiem, czy oni mają dobre zamiary!

- No, skoro dają nam jedzonko i chcą głaskać, i pozwalają przy sobie mieszkać, to raczej na pewno mają dobre.

- Ale są tacy duzi! I mają takie duże ręce. I pamiętasz, jak nas zawieźli do weterynarza?!

- Nie są winni, że są duzi!. Co do weterynarza masz rację – to było straszne. No, ale może musieli? Wiesz, ten weterynarz ich zmusił. No i pomógł ci! Byłaś taka malutka i słaba, a teraz się bawisz i możesz ćwiczyć silną wolę.

- Na przykład pozwalając się drapać po brzuszku?

- Tak!

- …

- Czemu nic nie mówisz?

- Bo ja chyba jeszcze muszę pozwolić, żeby moja silna wola trochę urosła. Gulasz, obie jesteśmy małe: ty i ja. I mój brzuszek jest malutki, i moje łapki, i moja silna wola. Co tu ćwiczyć – niech urośnie i wtedy będę ćwiczyć, obiecuję.

Grig i Gulasz obserwują Ludzi

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Malutki Gizmo-Pepe dziwuje się nowemu życiu

Jejku, jaki świat może być fajny, jejku! Mam zabawki! I miseczkę!!! Ludzie są zabawni i mnie głaszczą. To znaczy nie ciągle, ale trzeba ich trącić łebkiem, albo usiąść blisko i miauczeć – i znowu głaszczą!

Mieszkałem z mamą i bratem w krzaczkach koło wielkiego, wielkiego domu, i mama nas wyprowadzała, i uczyła wszystkiego. A któregoś razu nie wróciła. Bo mama musiała szukać jedzenia i czasem jej nie było. Ale wtedy długo jej nie było. Bardzo. To myśmy zaczęli chodzić wkoło naszego miejsca, bo co było robić.  I wszystko było ciekawe i trochę straszne. Ale mieliśmy siebie! A mama mówiła, żeby się nie bać, bo odważne kociaki zawsze sobie poradzą.

Tutaj w ogóle nic nie jest straszne – tylko wszystko miękkie i ciepłe, i miłe. I tyle jedzenia! Gdyby jeszcze mój brat był tutaj, to w ogóle byłoby mi najlepiej na świecie. Gdyby on wiedział, że tak może być… rety. Wiecie, on… On odszedł. To znaczy nie ruszał się i… Bo kiedy tak chodziliśmy, wypadł nagle jeden z tych wielkich potworów, co szybko się toczą, błyskając ślepiami, i mój brat nie zdążył uciec. Może nawet nie wiedział, że trzeba… Ja też nie wiedziałem. I potem on tylko tak leżał. Ja próbowałem go obudzić, próbowałem, a potem usiadłem przy nim, żeby nie był sam. I żebym ja nie był sam. Bo kiedy mama zniknęła, on był wszystkim, co miałem… Bez niego zrobiło się zbyt strasznie. Siedziałem przy nim i potem leżałem. Myślałem, że może jednak śpi. Siedziałem, jak świeciło słońce, i potem jak była już noc, i trochę spałem, chociaż on już był zimny, i nawet jak się przytulałem, nie mogłem go ogrzać. I potem znowu był dzień. A ja siedziałem, bo naprawdę nie mogłem go zostawić. I wtedy – wtedy przyszli Ludzie i zajęli się nami! Cud! Nie wiem, czy dlatego że byłem odważnym kociakiem… Trochę się bałem i było mi bardzo smutno.

A teraz wszystko jest inaczej! Bawią się ze mną i głaszczą. I zapuszczają płyn do tego oka, co zawsze było takie dziwne. I wołają na mnie Gizmo. I Pepe – wołają. Jak fajnie. Ja nigdy nie zapomnę brata i tych krzaczków, co byliśmy z mamą, ale teraz wszystko jest takie nie do opowiedzenia! Aż strach zamknąć oko i spać, żeby wszystko nie zniknęło. Bo wszystko znika.

Gizmo-Pepe i jego nowe życie

Fot.: Krzysztof Ambrosewicz

Tekst: Anna Rau

Damoru rozwija temat „Wszystko o łapkach”

Tutaj podobno inne kotki mówią o łapkach. Ja też mogę pokazać łapki! O – jedna łapka i druga łapka. Przednie łapki. A to są paluszki. Ale policzyć ich jeszcze nie umiem. To znaczy mama mówiła mi, ile ich jest, ale jakoś trudno to zapamiętać. Choć jak mi teraz powie, to postaram się pamiętać. Bo pewnie to jest bardzo ważne, prawda? W końcu nie wyobrażam sobie swoich łapek bez paluszków. No, ale o samych łapkach mogę wam opowiedzieć więcej. Łapię nimi piłeczki! Lubicie piłeczki? Ja bardzo lubię. A tak naprawdę bardzo, bardzo lubię taką, co ma w środku dzwoneczek. Ja się ją turlnie, to dzwoni. A turla się łapkami. Lubię też papierki. I sznureczki. I takie różne zabawki, co to Ludzie nawet nie myślą, że można się nimi bawić. Noszą przy sobie, albo kładą wokół takie różne śmieszne przedmioty, które nie wiadomo, po co są, a ja od razu widzę, że są do zabawy! Wystarczy pacnąć łapką. Ale lubię też skakać i bawić się w polowanie, tylko że skacze się przede wszystkim na tylnych łapkach – żebyście nie myśleli. Przednimi łapkami też się sprząta po sobie, bo mama mnie nauczyła, jak się zachowywać w kuwetce. Łapkami tylko nie można jeść, bo się brudzą – trzeba jeść pyszczkiem. To znaczy czasem, jak coś tam leży do jedzenia i tak śmiesznie wygląda, to można to łapką sięgnąć. Ale zjeść pyszczkiem. No i łapką się trzeba myć – np. uszka, albo tam, gdzie nie można sięgnąć jęzorkiem. No - i to wszystko o łapkach.

A nie! Zapomniałabym o najważniejszym! W łapkach są pazurki! Ciągle uczę się, jak je wsuwać, kiedy trzeba. Dlatego gdy bawimy się z Daiki i Daisu, wszyscy ćwiczymy na sobie wsuwanie pazurków i same łapki. I na mamie, chi chi.

I teraz to już naprawdę wszystko o łapkach. Co prawda, mam jeszcze taki sekret, że na poduszeczkach łapek mam łaskotki – ale tego wam na pewno nie powiem.

Damoru pokazuje łapki

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Jakie wnioski mogą wypłynąć z liczenia paluszków, czyli Dima i jego łapki

Jak tak sobie liczę swoje paluszki u przednich łapek i patrzę na Ludzi… to oni mają więcej tych takich długich palców! Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że są tacy wielcy? To by było nawet logiczne – jak coś jest większe od kota, to również powinno mieć więcej palców niż kot. I futra. I łapek. I… Tylko chwila… To dlaczego Ludzie nie mają więcej ogonów, tylko ani jednego? O głowie nie mówiąc. Dziwnie jest ten świat urządzony. A może im ten palec wyrósł, bo długo ćwiczyli łapy? Oni ciągle coś robią – przynoszą różne rzeczy, naprawiają, naciskają, przerzucają. Dodatkowy palec musi być im wyjątkowo przydatny. „Ćwiczenie czyni mistrza polowania”, jak to wie każdy kot. Jeśli tak jest – to może być trochę straszne, bo wychodzi na to, że jak będę dużo chodzić i biegać, i łapać, to mi podrośnie ten dodatkowy palec! I wtedy będę dziwny hmm. Ale jak tu wytrzymać bez chwytania w łapki? Ale z drugiej strony – te wszystkie duże koty, które widziałem, na pewno dużo biegały, polowały, skakały i robiły mnóstwo innych fantastycznych rzeczy, a mają tyle palców, co ja. Dziwne, dziwne… Wiem! Będę ćwiczyć, jak trzeba, i do tego co dzień będę uważnie obserwować swoje łapki. Jak tylko coś zauważę, natychmiast przestaję ćwiczyć i… Nie, to jest bez sensu! Będę twardo ćwiczył i wyrosnę na świetnego kota z taką ilością palców, jak u wszystkich. A jeśli przypadkiem jakoś od tych ćwiczeń coś mi tam wyrośnie, to nie będę się przejmował. Będę wtedy świetnym i wyjątkowym kotem, ot co! I chwileczkę… przecież dodatkowy palec to dodatkowy pazurek, nie? Rety… Właściwie teraz to nawet chciałbym, żeby mi wyrósł. Byłbym wtedy kotem obronnym! Drżyjcie wrogowie kotów, Dima nadchodzi! Cudownie, zaczynam ćwiczyć.

Dima obserwuje niekoci palec

Fot.: Klaudia Goriewa

Tekst: Anna Rau

Żożo opowiada o swoim idolu dnia codziennego

Ja też chciałbym wam o kimś opowiedzieć! Jestem Żożo i znałem Arnolda… - mieszkaliśmy razem – ale jak przeczytałem wspomnienie Wiry, pomyślałem, że też mogę wam opowiedzieć o kimś niezwykłym. O kimś, kto jest z nami i czeka na dom. O Durandalu.

Wszystko zaczęło się od tego, że gdy do nas przybył, to zdziwiłem się, kiedy usłyszałem, jak ma na imię. Bo sam nowy kot mnie nie zaskoczył, był czarny jak ja (czyli fajny), no i taki marny, bo źle się czuł – potem zobaczyłem dlaczego. Ale imię… No, powiedzcie to na głos – „Durandal”. Niezwykłe, prawda? Takie nietypowe niekocie… Nasze imiona najczęściej są krótkie – Żożo, Wira, Żelek, Dima, Dasza... A tu nagle Durandal. Zgłębiłem temat – tym bardziej chętnie, że gdy Durandal się u nas pojawił, to nie tylko przyjechał z bardzo daleka (mi się do dziś w łebku nie mieści, że Na Zewnątrz może być gdzieś TAK daleko, że nie można tam dojść na własnych łapkach!), to jeszcze był ranny – tak poważnie. Miał rozdarte futerko.. no wiecie skórę – pod pachą i na łapce, i to go bardzo bolało. Weterynarz mu to zszywał (to mi się tez w łebku nie mieści) i musiało się przez pewien czas zrastać. I futerko mu odrastało. Durandal jest bardzo młody, jest młodszy ode mnie, więc tym bardziej w trakcie leczenia powinien się zachowywać jak podrośnięty kociak – trochę popsocić, czasem się schować, prychnąć, pacnąć łapką. A on nic. Bardzo go bolało, bo przecież takie rozdarcia bolą, a on nic. I nie prychał, jak się do niego podchodziło, tylko opowiadał, co i jak. Bardzo miło go znać. I do Ludzi ma świetne podejście – wiecie, on jest bardzo wdzięczny, że ktoś go zabrał z tego Zewnętrza i naprawił mu łapkę. I tak kiedyś pomyślałem, że, rety, chciałbym być taki jak on! No i zacząłem się dowiadywać się, co z tym imieniem. Ho ho, jest bardzo stare i takie szacowne, nawet dla Ludzi. W pewnej pradawnej opowieści Durandal to było coś takiego, jak dla nas są pazury. Ale było tak skuteczne, ze dostało własne imię. I właśnie dzięki Durandalowi pewien wielki i mężny Człowiek  walczył o sprawiedliwość i o takie różne dobre cele  Niesamowite! Durandal w pełni na takie imię zasłużył. Spróbuję go namówić, na jakieś małe wspomnienie. To będzie fantastyczne, bo normalnie jest moim idolem! Dla was też nim będzie, zobaczycie.

Durandal

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Wspomnienie o Arnoldzie, który miał pokłutą łapkę

To ja, Wira. Dziś był taki ładny dzień. Słońce cudownie grzało przez szyby… W taki dzień przyjemnie się leży i łapie ciepełko. I dlatego dziś zebrałam się, żeby… Bo wiecie, Arnold sporo takich dni widział. Był już dojrzałym kotem, spokojnym, miłym – tak po ludzku i po kociemu. I zasługiwał na same słoneczne dni. Dlatego wybrałam taki ładny dzień jak dziś, żeby o nim napisać. Żeby coś po nim zostało. Tak. Żeby to po nim zostało.

Arnold trafił do naszego zbiorowego domu tymczasowego tuż po mnie. Wzbudził wśród nas małą sensację, bo trafił tu z własnego domu… Wiecie – takiego, w którym mieszkał przez długi czas. Z własnymi Ludźmi. Tylko że kiedy okazało się, że Arnold jest naprawdę bardzo, bardzo chory – jego Ludzie nie chcieli z nim mieszkać. Stwierdzili, że dla Arnolda będzie lepiej, jeśli się go spokojnie wyśle za Tęczowy Most. Nie umiem tego ocenić i chyba nikt nie umie. Bo czy coś jest racją, czy nie, okazuje się dopiero po długim czasie – i też nie jest takie pewne. I Ludzie, którzy tu o nas dbają, wzięli Arnolda, żeby spróbować go wyleczyć. Za Tęczowy Most zawsze się zdąży, nie? No i Arnold z pokłutą łapką trafił do nas. Nie wiem, czy ktoś z was widział jego zdjęcia. Miał pokłute łapki, bo musiał mieć czyszczoną krew, żeby mógł dobrze kuwetować i jeść. No i dostawał też taki płyn, który go wzmacniał i zabierał ból. A Arnold rozumiał, że mu się pomaga. Wobec nas był zawsze otwarty, choć nie mógł z nami biegać. Ale lubił patrzeć. I czasem opowiadał, jak to się kiedyś bawił, kiedy jeszcze mógł. I mówił, że miał dobre życie. Był bury, pręgowany i miał zielone oczy. Bardzo mi się podobał, bo był podobny do mnie. Był też spokojny i cierpliwy. Ale wiecie… nie mógł długo tak żyć. Nawet weterynarze nie mogą wszystkiego. I Arnold odszedł za Tęczowy Most. Nasi Ludzie siedzieli przy nim do końca, głaskali go i trzymali na kolanach, a on mruczał. Jak mruczał, to znaczy, że czuł się kochany.

Nie wiem, czy napisałam to wspomnienie dobrze… Chyba raczej trochę nieudolnie. Ale zrozumcie, to bardzo trudne. A Arnolda nigdy nie zapomnę. I chciałabym, żebyście też o nim pomyśleli. Bo każdy chciałby być kochany oraz jakoś zapamiętany, prawda? Nawet kot. No i na pewno polubilibyście naszego Arnolda…. Chciałabym go znać w czasie, kiedy nic go nie bolało – i żebyście wy go wtedy widzieli.

Kiedyś powiedział, że najbardziej lubił leżeć w plamie słońca i patrzeć, jak świat się obraca. Tak właśnie powiedział. Arnold był bardzo dobry i mądry.

Arnold

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau