Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Frida, która poznała wszystko i poznała nic

No bo kto to może zrozumieć. Z Ludzi – kto może. Nikt. Jakiś kot by pewnie zrozumiał. Może i niejeden… Dlatego wam nic nie powiem.

Kto zrozumie, jak to jest przestać być sobą. Jak zostać bez nikogo i bez niczego. I nigdzie. Czyli zostać niczym – bo bez nikogo i niczego zostaje się niczym. I co się czuje, skoro wcześniej było wszystko?

Na początku były słodkie małe przedmioty. Grzebyczek do futerka. Mięsko. I miseczka do mięska. I miseczka do wody. I kocyk w panterkę. Żeby pasował do futerka. I może jeszcze obróżka? Obróżki są takie śliczne. I była ciepła kuchnia i ogródek. Ach, i jeszcze ja. Koteczek. Śliczna kicia. Ja.

Ale potem wszystko się zmienia. Coś przybywa, więc coś musi zniknąć. Kot musi odejść, bo przeszkadza. Jeszcze kot coś zrobi. Kot sobie poradzi. Kotu nie dzieje się krzywda. Dom nie jest dla kota.

Bo są istoty ważne i ważniejsze. I te mało ważne. Ja wiem.

I wiem, że teraz jest najlepiej, jak mogło być. Bo w końcu – nagle – ktoś mi pomógł. I znowu jest miseczka i grzebyk. I ja. Czyli nie jest najgorzej, czy nawet nie jest źle. Ale mnie nie ma.

Nic wam nie powiem. Jestem sama. Więc nic. Nic wam nie powiem

Frida

Foto.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Imp, który poznał potwory i najlepszego Człowieka na świecie

Dzień dobry. Ja jestem nikt. Choć Człowiek, który mi dał jeść, zabrał mnie z zimnego i od potworów, i głaska mnie, powiedział… Bo ten Człowiek jest dobry – najlepszy, jakiego spotkałem. Najlepszy na świecie, jak moja mama. Moja mama poszła po jedzenie i nie wróciła. To ja poszedłem jej szukać. Ale bardzo źle widzę, już dłuższy czas. Najpierw miałem zamknięte ślipki, bo byłem malutkim kociakiem, a potem, jak otworzyłem, to najpierw lepiej widziałem, a potem to jakby gorzej, i gorzej. I teraz jest, jak jest. Mama mnie myła, to było lepiej. Ale nie wróciła z jedzeniem. I właściwie nie wiedziałem, gdzie idę, tylko tak trochę ją czułem, ale potem już przestałem czuć. I wszędzie było tak jasno, i wokół poruszały się te wielkie potwory na grubych okrągłych nogach, aż ziemia drżała. A mi było zimno, tak trochę, i bolały mnie łapki od chodzenia, to usiadłem. I tak siedziałem na słońcu – było jasno, więc na pewno świeciło, i nawet trochę grzało. Może źle zrobiłem, że zacząłem szukać mamy? Ale już było za późno. Nie wiedziałem, gdzie jestem, i nie wiedziałem, jak wrócić. To miejsce było dziwne. Mama mówiła mi, że gdyby kiedyś nie wróciła, to mam pamiętać, że mnie kocha. I zawsze będzie ze mnie dumna. I że Ludzie nie są tacy źli, jak się wydaje, ale mam być miły i uważać. To jak ten Człowiek się pojawił i ja zamiauczałem, i on zaczął mnie głaskać, to byłem miły i uważałem. To on mnie zabrał od tych potworów z okrągłymi łapami.

A! No i ten Człowiek powiedział, że jestem świetny kociak i będę impe… impunu.. imponującym kotem, więc mam na imię Imp. Jeśli „imponujący” znaczy „dobry”, to będę jak moja mama, i będzie ze mnie dumna.

Imp, z którego mama jest dumna

Fot.: Kamila Piórkowska

Tekst: Anna Rau

Koty w Kocim Pogotowiu uprawiają filozofię

- Jak fajniście! Lato wróciło, lato!

- Feliks, to nie lato, tylko jesień.

- To czemu jest lepiej niż wtedy, kiedy padało? Wszyscyście mi powtarzali, że lato jest wtedy, jak jest ciepło, i ptaki skaczą, i można je podziwiać, i jest zielono, i słońce świeci i jest ciepełko! Czyli to, co teraz!

- No tak, ale jesień może być podobna do lata.

- To czym się od niego różni?

- Tym, że liście spadają, że te wasze ptaszki skaczą jak oszalałe i jedzą więcej różnych owoców, bo one właśnie dojrzały, a my musimy się wygrzewać na słońcu, ile się da, bo po jesieni jest zima, i wtedy tylko zostają grzejniki do wygrzewania, bo słońce nie grzeje.

- Nie, to niemożliwe, słońce zawsze świeci i grzeje!

- Durian, ty znasz tylko wiosnę - kiedy się urodziłeś - i lato, czyli to, co już minęło. Uwierz mi, potem będzie świat cały szary, a potem biały. A potem znowu przyjdzie wiosna i potem lato.

- I tak jest w kółko? Zawsze?

- Zawsze – kiedy nas nie było, teraz i kiedy nas nie będzie.

- Durandal, a ja chciałbym, żeby zawsze było tak jak teraz – czyli ciepło, żebyśmy wszyscy byli tutaj, i żeby było tak miło.

- Nie jest dobrze, jeśli nic się nie zmienia. Nigdy nie byłbyś starszy, tylko zawsze byłbyś kociakiem. Nie dowiedziałbyś się wielu ważnych rzeczy. Drzewa by nie rosły. Ptaki fruwałyby bez końca. Tak naprawdę to by było straszne. Bo nikt nie mógł niczego skończyć – i odpocząć.

- A odpoczynek jest ważny.

- Tak, Żożo. I początek i koniec. A wiesz, co my teraz prowadzimy?

- Nie. Co?

- Rozmowę filozoficzną!

- Rety, zapamiętam to do końca życia.

Durandal, Żożo, Feliks i Durian filozofują

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Dima i Dasza odkrywają technologię żywności

- Dima, skąd Ludzie biorą jedzonko?

- No jak „skąd”. Z szafek, z lodówki… O! Z toreb jeszcze.

- Ale ty jesteś! No, ale skąd naprawdę! Wiesz. Polują? Ktoś im daje? Znajdują?

- Nie wiem… Ale nie umiem sobie wyobrazić, że nasz Człowiek gdzieś za drzewem siedzi na czworakach i się czai na puszkę z jedzeniem.

- O to to. Ja właśnie też tak ostatnio próbowałam sobie to wyobrazić i nie tego. Chyba że jedzenie samo chodzi Na Zewnątrz.

- Na pewno nie. Gdyby tak było, Ludzie by na pewno woleli, żebyśmy ich w tym wyręczali. Wiesz, to tak, jak się cieszą, kiedy obszukujemy kąty i włazimy pod meble, bo oni nie mogą, więc gdybyśmy sami mogli ganiać puszki, to byśmy ganiali. Proste.

- Masz rację. Przecież my biegamy szybciej od Ludzi, więc oni nie na pewno nie dogoniliby by tych puszek. To musi być jakoś inaczej.

- Hmm, może rosną?

- Może…

- Wiem! Jest takie miejsce Na Zewnątrz, gdzie co dzień Ludzie się gromadzą i tak patrzą do góry, patrzą… I w końcu przylatuje ogromny ptak i zrzuca z dzioba puszki!!!

- Ale to nie jest bezpieczne. Nawet jakby w Człowieka taka puszka trafiła – kojarzysz, jakie one są twarde i ciężkie – to by nie był zadowolony…

- No trudno, tak się dla nas poświęcają. Jak kogoś trafi to niestety.

- I jaki ptak to niby zrzuca?

- Bocian!

- Nie gadam z tobą. Wszyscy wiedzą, że bociany przynoszą kociaki.

Dima i Dasza

Fot.: Klaudia Goriera

Tekst: Anna Rau

Gracjan podaje dobre sposoby na jesienną pluchę

A ja lubię jesień. Co prawda tak znowu dużo to ich nie widziałem, ale skoro widziałem już wszystkie cztery Wielkie Zmiany w Roku, czyli wiosnę, lato i tak dalej, to wiem, co lubię. No i to już jest moja druga jesień! Ale też wiem, czemu inni nie bardzo ją lubią. Bo po pierwsze trochę pada. No pada. Ale ostatnio jakby po prostu dużo pada, nie tylko teraz, jesienią. A do tego wiem, że Ludzie mają taki sprytny patent na padanie – noszą ze sobą takie rozkładane daszki, i to jest świetne! Bo jak do mnie przychodzą, to je rozstawiają „do schnięcia”, i ja wtedy, i reszta ferajny, możemy się za nimi chować. Po drugie, jesienią trochę wieje zimnem od okna. No zgadzam się, wieje. No i te ptaszki, co jakoś lubiły skakać Na Zewnątrz tak niedaleko od naszego okna, to teraz skaczą jakoś bardziej i ciągle są zajęte poszukiwaniem jedzenia, więc nawet im się przypatrzeć za dobrze nie można. Ale to też nic. Na wszystko jest rada. Wiecie, ja jestem niespotykanie spokojnym kotem: lubię głaskanie, pełną miseczkę i obserwację świata. I zapewniam was, że więcej nie trzeba na miłe spędzenie jesieni! Czyli: trzeba mieć kocyk o zawinięcia, albo wylegiwania się, od czasu do czasu wykonać skok do przyjemnie zapełnionej miseczki, a potem spędzać czas na myśleniu i spaniu, albo jeszcze do tego pozwalać komuś, żeby cię drapał za uchem... I już – jesień udana! Oczywiście mówię to wszystko jako szczęściarz z domkiem tymczasowym… Więc bardzo polecam jeszcze jeden sposób na dobrą jesień, czyli zapewnienie dobrej jesieni komuś innemu. Napełnianie jakiejś miseczki któremuś z kotów Na Zewnątrz, bo one mają trochę trudniej z lubieniem jesieni. Tak wiecie, co dzień. Bo każdy lubi jeść co dzień. Albo zaopatrzenie komuś domku, czy organizacja spokojnej miejscówki. Albo nawet tym ptakom, co tak skaczą, sypnięcie tu i ówdzie jakichś ziarenek, czy czegoś, co lubią. To wtedy nie będą tak gorączkowo skakać i będzie można na nie dłużej popatrzeć. No i wtedy z osobistej dobrej jesieni robi się ogólna dobra jesień. No i kto jest takim mądrym kotkiem? Gracjan! Czyli ja.

Gracjan podczas jesiennego drapania za uchem

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Enek ostrzega przed drapieżnymi stworami, które udają przyjaciół

Czy świat, na którym grzeczne kotki są gryzione przez jakieś wstrętne stwory, jest sprawiedliwy?! Nie jest! I co to w ogóle było!!! Okropne! Niekocie!!!

Było tak: siedziałem sobie dziś jak aniołek na oknie i obserwowałem Świat na Zewnątrz. Było ciepławo i jasno, i całkiem milutko. I wtedy z drugiej strony szyby zaczął się kręcić taki śmieszny zwierzak. Bzyczał i fruwał, i próbował wfrunąć do mnie, od czasu do czasu obijając się o szybę. Był po prostu świetny i miał takie zabawne paski. Bardzo mu kibicowałem, bo byłem niemal pewny, że dostrzegł mnie z zewnątrz i chciał się ze mną pobawić. Tak jak komary i muchy, z którymi zabawa jest fantastyczna.  No, więc kiedy pasiasty sprytnie wślizgnął się przez poziomą szczelinę w uchylonym oknie, aż podskoczyłem z radości i zacząłem klaskać w łapki, żeby nowego przyjaciela zachęcić. I muszę powiedzieć, że był wręcz zachwycony! Zaczął koło mnie krążyć, cały czas milutko bzycząc. Bardzo szybko latał, zbliżał się i oddalał, a ja wreszcie mogłem sobie pobiegać z kimś mniejszym ode mnie. I to z kimś o wiele inteligentniejszym niż muchy, które chyba nie za bardzo wiedzą, o co chodzi w dobrej zabawie… Po pewnym czasie jednak w końcu obaj się zmęczyliśmy i ja położyłem się na kocyku, a bzykacz też gdzieś sobie przysiadł, bo jakby zniknął. I gdy leżałem sobie grzecznie i już myślałem, czy po tak wyczerpującym bieganiu należy mi się podwieczorek, poczułem, że coś mnie łaskocze na pyszczku. No to turlnąłem się i chciałem się podrapać tylną łapką… I wtedy coś mnie okrutnie ugryzło tuż koło oka!!! I to był ten pasiasty potwór, co tak udawał, że jest przyjazny i fajny! Jak to bolało! Mój Człowiek, który chyba zorientował się, że miał tu miejsce zdradziecki napad, szybko zorganizował akcję ratowniczą – pomajstrował mi przy pokąsanym miejscu, które bolało i piekło (nie byłem zadowolony), a potem przykładał do niego coś chłodnego, i wtedy już było lepiej. I tak sobie teraz leżymy, a on mnie pociesza. A ja ciągle myślę, jaki ten świat jest dziwny. Żeby tak grzecznego kotka napadać. I kąsać. Bez powodu. Czy ja kogoś kiedyś pokąsałem bez powodu?! Nigdy. Niesprawiedliwe to wszystko. Obrażam się.

Bohaterski Enek

Fot.: Edyta Kamińska-Jacewicz

Tekst: Anna Rau

Igor opowiada, jak to jest, kiedy się wszystko rozumie

Mój Człowiek mówi na mnie Igor i to świetne imię. Jestem mały Igor. A może nie jestem Igor i to wszystko mi się śni? Teraz jest dla mnie tak inaczej, że już nie wiem, czy to prawda. Bo jeszcze niedawno chodziłem, chodziłem, chodziłem i wszędzie była trawa, i ziemia, i kamienie, i te wielkie burczące pojazdy, pod którymi można się chować, i byłem głodny. I kiedy tak wąchałem za jakimś jedzeniem, znalazł mnie jeden Człowiek i powiedział, że jestem malutki i że nie powinienem sam chodzić. Pomyślałem, że już nie jestem taki malutki, bo mam trzy miesiące i świetnie sobie radzę, ale było bardzo mokro i wiało, i oko mnie piekło, i nie wiedziałem, dokąd iść. I naprawdę byłem głodny. Ten miły Człowiek mnie zabrał na rękach ze sobą. Jak mnie tak niósł, to pomyślałem, że naprawę jestem malutki. U Człowieka było ciepło i dostałem jeść w miseczce. I mnie głaskał. Tylko ten Człowiek nie mieszkał sam i ci inni powiedzieli, że nie mogę tam za długo być. Ja to rozumiałem, bo świat jest tak urządzony, więc i tak fajnie, że się najadłem i miałem ciepło w nocy. I wtedy pojawił się Człowiek, który jest teraz Moim Człowiekiem, i mnie zabrał, i u niego teraz mieszkam. I mam swoją miseczkę, a w oczy dostaję kropelki, których nie lubię, ale one mnie leczą, a ja jestem duży kociak, więc to rozumiem. Kiedyś, kiedyś, kiedy byłem naprawdę malutki i nawet nie myślałem, że będę Igor, miałem mamę i dom z Ludźmi, ale potem już nic nie miałem. To teraz cieszę się ze wszystkiego i wszystko rozumiem.

Igor

Fot.: Krystian Wilczewski

Tekst: Anna Rau

Homar opisuje dość udaną wizytę u weterynarza

Hej, tu Homar! Homar!!! Otwórzcie drzwi!! Dobra, już się nie wygłupiam. Tylko wiecie, ciągle jestem w szoku po tym, co mi wczoraj zrobiła weterynarz... Bo czy kiedykolwiek czyścił wam weterynarz uszy?! Nie? To musicie wszystko przeczytać, bo kto wam lepiej o tym opowie niż ja.

Pamiętacie, jak krążyłem i szukałem swojego domu, a potem miałem problem z Bezą, która w ogóle nie chciała się ze mną bawić? (Beza, pozdrawiam cię i nie mam urazy). Teraz mieszkam u Człowieka, który co prawda nie ma żadnego kota do zabawy, ale jest w porządku. Oczywiście od razu sprawdziłem wszystkie drzwi, ale żadne nie otwierają się na mój stary dom… Tak czy owak jest tu sporo miejsc do wpychania nosa, zwiedzania, chowania się, siedzenia i wyglądania oraz do innych ważnych czynności, więc mi się podoba. I tak sobie szczęśliwie mieszkaliśmy przez tydzień od przeprowadzki – ale chyba ktoś uznał, że jest za pięknie... I wczoraj popołudniu zaproszono mnie dość uprzejmie do transportera - a ja skorzystałem, bo każda okazja do zabawy to najlepsza okazja! - i wyniesiono Na Zewnątrz. Najpierw mi się podobało, a potem trochę miauczałem. Żeby nie myśleli. I u weterynarza też miauczałem, choć ogólnie to tam było ciekawie: doktor wypytała mnie, czy mi się podoba, czy się dobrze czuję, czy na coś narzekam… Ale potem nagle zaczęła czyścić mi uszy! Wiecie, mokrym kłębuszkiem wycierała mi ucho po uchu… To znaczy oba – żeby było jasne. I to mi się bardzo nie podobało, bo uszy to czyszczę sobie sam!!! I do tego coś tam sugerowała, że jak tak sobie chodziłem i szukałem „tych” drzwi, to te moje uszy „mogły coś załapać”. Jednak przyznaję, że wtedy przestałem miauczeć i zacząłem się zastanawiać, co można załapać w uszy... Do tego była tam taka poduszka w kocie łapki i poprzednio chyba na niej siedział kot, albo coś, bo pachniała przyjemnie futerkiem, i w końcu zacząłem zwiedzać gabinet, a nawet taki blat, na którym stały różne butelki i pudełka, i zrobiło się znowu miło. Tylko nie pozwolili mi nic zrzucić. A powinni – za to czyszczenie uszu! No i w końcu wróciłem w transporterze do domu. A po drodze dla porządku trochę miauczałem.

Weterynarz na pożegnanie powiedziała, że za jakieś dwa dni można mi trochę doczyścić uszy w domu. Phi. Niedoczekanie.

Homar i jego czyste uszy

Fot.i tekst: Anna Rau

Eros opowiada, jak jeździli od domu do domu i… do domu

Ostatnio spotkało nas – to znaczy mnie i Enzo – coś bardzo dziwnego… Ale to było też zabawne – tak sobie pojeździć z naszego domku tymczasowego do tego drugiego, przenocować, przenocować, i potem znów wrócić. Taka wycieczka. Ale byłem też trochę zdziwiony, bo to chyba inaczej miało być… Ale zabawnie też było. Bo wiecie, początek był taki, że byliśmy w naszym domku tymczasowym, byliśmy, byliśmy, byliśmy… (No wiem, że to na razie mało ciekawe, ale jak mam opisać wszystko, co robiliśmy w tym domku. Zresztą wiadomo, co – to, co wszyscy. Ale poczekajcie, zaraz będzie najważniejsze!). No i któregoś razu poznaliśmy bardzo miłych Ludzi, którzy naszym Ludziom (od tymczasowania) powiedzieli, że jesteśmy super kociaki i dadzą nam domek na zawsze!!! To myśmy się ucieszyli i od razu zaczęli pakować! Nie, żeby nam było źle – nie myślcie, no ale nasi Ludzie też nas dopingowali i mówili, że będzie świetnie, że tamci Ludzie bardzo lubią koty i będziemy mieli jak małe słoneczka w obłoczkach. Kto by nie chciał mieć jak słoneczko w obłoczku! I któregoś dnia pojechaliśmy w transporterze. Normalnie cała wyprawa była! Nie, że daleko, ale że z fasonem, bo  myśmy trochę miauczeli, żeby wszyscy wiedzieli, że się cieszymy chi chi. No i na miejscu okazało się, że ci nasi na zawsze Ludzie naprawdę są fajni. Mieliśmy miseczki, posłania i zabawki, i oni się z nami bawili. Mi się bardzo podobało! Enzo też oczywiście. Ludziom chyba też, bo nas głaskali. Rano, jak się tylko obudziliśmy, tak się cieszyliśmy, że jesteśmy wreszcie u celu, że zaczęliśmy się bawić sami. Na dywanie, w oknie i na fotelu. I sobie biegaliśmy tam i z powrotem. Potem z kuwetą było wszystko w porządku, i śniadanie było ekstra. I się bawiliśmy. Cały dzień. I spaliśmy. Mi się znowu bardzo podobało! Rety, wszystkie dni takie! Enzo też był zadowolony. Ludzie chyba też. Mówili, że jesteśmy bardzo żywi, i tak biegamy, i wspinamy się, i drapiemy. Podobaliśmy się im. A trzeciego dnia wszystko zaczęło się tak samo, to znaczy zabawa, jedzonko, zabawa, jedzonko… i mi się bardzo podobało, Enzo też, tylko Ludzie powiedzieli, że… może jednak wrócimy do domku tymczasowego. Bo tam to dopiero będziemy się bawić, a oni zaraz wyjeżdżają, to jak byśmy się bawili bez nich. No i wróciliśmy. Lubimy nasz domek tymczasowy, więc bardzo się ucieszyliśmy na widok naszych Ludzi i rzeczywiście bawiliśmy się, że ho ho. A nasi Ludzie nam mówili, że mamy się nie przejmować, że to była taka próba i wycieczka, że jesteśmy super kociaki i dlatego mogliśmy sobie zwiedzić tamten domek. Dziwne, nie? Ale i zabawne. Grunt, że się wszystkim podobało.

Eros się bawi

Fot.: Elżbieta Krywko

Tekst: Anna Rau

Sally snuje rozważania kąpielowe

Czy ktoś wie, po co Ludzie wchodzą do wody? Ja jeszcze tego nie odgadłem. A już trochę na to patrzę. Wiecie, za każdym razem, kiedy rano i wieczorem widzę, że szykuje się to widowisko, to biegnę, żeby pooglądać! No i może coś wymyślić. Bo po co?! Woda jest do picia. Wiadomo. Woda, gdy cieknie z kranu, jest bardzo zabawna i można ją chwytać łapką. Bardzo to lubię. Tylko potem łapka jest mokra i to jest minus zabawy. Ale żeby wchodzić całemu?... I tak się – wiecie – polewać. No coś strasznego. Kilka razy na mnie kapnęło, to się otrząsałem i uciekłem. Ale i tak od razu trzeba było czyścić futerko. Słyszałem, że podobno gdzieś jakieś koty lubią wchodzić do wody, ale mi się nie chce w to wierzyć. Przecież po tym trzeba by się umyć! – i to w całości. Strasznie dużo roboty. Choć ja lubię, się myć – nie myślcie. No i jak się wsadzi całą łapkę do wody (kiedyś wsadziłem, bo robiłem eksperyment) to od razu było mi w nią zimno. To teraz wyobraźcie sobie - tak wejść w całości. Brrr. Więc może Ludzie wchodzą, żeby się po prostu ochłodzić? Ale przecież nawet zimą się polewają tą wodą, a wtedy wcale nie jest ciepło. No i co tu mówić o chłodzeniu kogoś, kto nie ma futerka i musi nosić jakieś dziwne materiały na sobie. A do tego Ludzie, polewając się, używają jeszcze innych rzeczy – takich płynów, co stają się pianą, albo takich gąbek, co są mokre, jak się je naciśnie łapką. Wszystko takie niekocie. Bo ta piana to tak mocno pachnie! Ale nie jedzeniem, czy futerkiem, tylko tak śmiesznie, że od tego się kicha. Co prawda Ludzie nie kichają – ale i tak to są dziwne obyczaje… Dlatego za każdym razem, kiedy słyszę odgłos początku ceremoniału, zawsze wracam, obserwuję i rozmyślam… Hmm… Może to taka tradycja? Żeby upamiętnić… upamiętnić… Wielką Rybę! Nie wiem, skąd mi ta Ryba przyszła do głowy, pewnie dlatego, że ostatnio Ludzie jedli rybkę i to było również dla mnie bardzo miłe. Może polewają się, bo prostu to lubią? Ale takie lubienie to się w łebku nie mieści. Nie wiem, czy mnie rozumiecie, bo właśnie mi przyszło do głowy, że sami się tą wodą polewacie…

Sally obserwuje

Fot.: Klaudia Goriewa

Tekst: Anna Rau