Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Farna ogląda rzeczy starsze niż świat

Czy wyobrażacie sobie świat bez kotów? Nie. A świat bez Ludzi… Był taki świat. Wiem, że był. I mi się przyśnił. Jestem tylko małą Farną z ulubionym drapakiem, kolorową miseczką oraz dwójką moich braci, Fleszarem i Fiszem, na jednej kanapie, i mamy szczęście być w domku tymczasowym. Ale dawno, dawno temu były One. Wielkie Koty. Wielkie-Prakoty. Wielkie Niemal-Koty. Miały grube futra, bardzo długie zęby i ogromne pazury. Były ani złe, ani dobre, i inne niż cokolwiek kociego istniejącego dziś na Ziemi, i od dawna już ich nie ma. Ale ja zobaczyłam je dziś, w ciemności, która dla mnie jest tak przejrzysta jak dla was dzień. Fleszar już chrapał, Fisz przebierał we śnie łapkami, a ja przez chwilę patrzyłam w ciemność i wtedy nagle on przyszedł. Miał zęby jak szable i był absolutnie dziki, i piękny, a ja nawet nie pomyślałam, żeby go nie posłuchać i nie iść za nim w rześki świat pełen nieznanych zapachów i dźwięków. Było ciepławo i pachniało absolutnym nieznanym. Wielki Kot był naprawdę wielki i ciężki, choć sprężysty i żwawy, a ja byłam przy nim tak mała jak najmniejsze kociątko w miocie. I mijaliśmy wielkie drzewa, zupełnie mi nieznane, o tak soczystych kolorach, że nawet Ludzie nie umieliby dziś takich barw odtworzyć. I krzaki jak wielkie rozety. I dziwne zwierzęta, tylko trochę znajome, które nas z respektem omijały. I wielkie owady, które sama bym z respektem ominęła. I wszystko było takie intensywne i nieznane, a ja czułam się mała, bezpieczna i nieskończenie wolna. I w końcu, choć nie chciałam skończyć tej wędrówki, spytałam mojego przewodnika: „Dlaczego mi to wszystko pokazujesz, Wielki Kocie? I gdzie tutaj mieszkają Ludzie?”. A Wielki Kot odpowiedział: „Pokazuję to, żebyś była silna i wspaniałomyślna. Żebyś wiedziała więcej. Żebyś mogła to wszystko opowiedzieć innym. I żebyś pamiętała o tym, kiedy usłyszysz kolejną bolesną kocią – i nie tylko kocią – historię, że świat jest dziwny i straszny, i piękny, i sprawiedliwy. To, co zniknęło, zawsze może wrócić, a to, co obecnie triumfuje, zawsze może zniknąć”. I dodał: „Pamiętaj, malutka, jesteśmy starsi od Ludzi”, a ja obudziłam się przerażona i dumna.

Farna zwiedza pra-sen

Fot.: Anna Żokowska

Tekst: Anna Rau

Ibis nieustraszenie walczy z kocykową lawiną

Patrzcie!!! Patrzcie, jak się wspinam! Nikt nie umie tak się wspinać, jak ja!  Wspinam się, bo jestem walecznym odkrywcą! Choć nie, tu nie ma co odkrywać, tam dalej jest brzeg kanapy… Ale jestem po prostu dzielnym wspinaczem! Alpinistą kocykowo-łapkowym. Mam haki na łapkach i ogon zamiast liny, więc niesamowicie szybko oraz niewiarygodnie łatwo się wspinam, żeby ratować uwięzioną na szczycie góry myszkę. Królową myszek, która piszczy ze strachu i czeka na jakiegoś wybawcę. I to ja, Ibis, ją uratuję! Tam gdzieś daleko, daleko na dole czekają, gryząc łapki z napięcia, Ikar, Ivo i Idol (bo żaden z nich nie miał odwagi wspiąć się po królową myszek, po prostu wspinali się i spadali, o tak – pac pac pac). A obok niech siedzi i zakrywa pyszczek łapkami moja siostrzyczka Inka. Nie martw się, Inko! Uratuję myszkę i będziemy mieli nową koleżankę! Uch, wspinam się, wspinam… Ile jeszcze tego wspinania… No dobra, Mistrz Ibis i królowa myszka nachodzą. Już nadchodzą… uf. Góra z kocyka się rusza i fałduje, prawdziwa lawina i trzęsienie ziemi – wszystko przeciw mistrzowi. Ale nie żałujcie mnie, jeśli spadnę. Jestem mistrzem i wspinaczki, i spadania. Choć ziemia daleko – już przekraczam linię kłębiastych obłoków i ptaki górskie zataczają koła wokół samotnego kociego alpinisty. Ale i tak nie spadnę, tylko uratuję myszkę i powiem z góry: „Nie dziękujcie mi. To trzeba było zrobić dla dobra wszystkich kocich zabawek. I kociaków w tym pokoju”. I mama popłacze się ze szczęścia, że ma takiego dzielnego synka. A Inka, Ikar, Ivo i Idol będą podskakiwać, miaucząc na wiwat. I wtedy zejdę jako oficjalny najlepszy wspinacz i ratownik kocich zabawek świata. Hej, patrzcie, jak się wspinam! No, patrzcie!

Tylko dlaczego ja się zsuwam?!

Ibis, dzielny alpinista

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Misiek widzi same zmiany – i ich niezmienność

Tyle już żyję. Długo. Czasem się dziwię, że tyle się zmienia… I dla mnie wszystko się zmieniło w jednym momencie – ale ja się właściwie nie zmieniłem. Jestem zdrowy. Jem. Śpię. Siedzę na oknie. Idzie kolejna zima. Czasem sobie myślę… Nie powinno się żyć za długo. Wiem, że to trudne, co napisałem, niejednoznaczne. Chyba nie powinienem tak szczerze mówić, bo to czytają małe kociaki i przecież Ludzie się starają, żeby mi było dobrze. Rozumiecie – nie „mój Człowiek”, tylko „Ludzie”. Ale przejmują się. Choć ja myślę, że już nigdy nie będzie dobrze – tak dobrze, jak było. Mojego Człowieka nie ma, a ja nadal jestem. Dziwnie to jest urządzone. Zabawnie. Mam ciągle tę samą miskę, moją poduszkę, kuwetę. Cały ten mały świat, do którego jestem przyzwyczajony. I wiem, że miałem wiele szczęścia w tym wszystkim. Wiele kotów by mi zazdrościło. Bo przecież mogłem pojechać do schroniska. Mogłem wylądować na ulicy. Mogli mnie… Dobrze, że mogę mieszkać tutaj – gdzie żyłem całe życie z moim Człowiekiem. To dużo. Ba, niektórzy powiadają, że kotom jest wszystko jedno, czy Człowiek jest, czy go nie ma, grunt żeby fotel został i miska. Bzdury to są i tyle. Jestem stary, to mogę tak mówić. Niech się obrażą, nie oni dają mi jeść, tylko ci Ludzie, co się przejmują... Tak sobie patrzę jednym okiem – po moim Człowieku już wszystko jest nie takie. I ta miska, i fotel. Tak jest i tak będzie. Bo kto by mnie teraz chciał.

Pewnie – kot lubi swój fotel i miskę, ale bez Człowieka, który był i odszedł, to wszystko jest tylko cieniem. Wszystko jest tylko cieniem… Taaak. Chyba krąży między ludźmi takie zdanie, że „umrzeć – tego nie robi się kotu”. A mój Człowiek mi zrobił.

Misiek

Tekst: Anna Rau

Żelek przedstawia swoje szlachetne aspiracje

Ludzie to mają dobrze. Jak im się dzieje coś strasznego, to przylatuje Megaczłowiek i ich ratuje. Widziałem to! Moi Ludzie oglądają czasem (i ja też jednym okiem) takie ruchome obrazki w wielkim poziomym pudełku, w którym wyświetlają się całe długie historie… Baaaardzo długie, swoją drogą – najczęściej zasypiam po jakimś czasie, bo ile to tak można siedzieć i patrzeć. Ale Ludzie widocznie mogą. No i kiedyś oglądali jakąś skomplikowaną historię o Megaczłowieku, który w kolorowym ubraniu i takim powiewającym płaszczu latał i ratował wszystko, co się da! To znaczy kotów nie ratował. No, ale co się dziwić, ratował swoich. Znaczy Ludzi. Bo czy gdybym ja był Megakotem, to bym ratował na przykład gołębie?... Może bym i ratował. Ale pod warunkiem, że kiedyś jakiś Megagołąb uratowałby mnie! Chi chi. I wyglądało to tak, że gdy jakiś Człowiek miał naprawdę duży problem, na przykład... na przykład... kiedy pędził na niego jakiś wielki wstrętny stwór, to on krzyczał, krzyczał, i nagle pojawiał się ten Megaczłowiek i porywał go w powietrze!!! A potem stawiał w bezpiecznym miejscu i odlatywał, nawet nie czekając na podziękowanie. Taki był bohaterski i skromny. Jejku! Jak ja bym chciał być takim bohaterem. Bo w każdej chwili gdzieś się dzieje coś złego. Nie mam złudzeń, jestem młody, ale nie głupiutki, i wiem, że nawet jeśli ja mam miseczkę i kocyk, to mnóstwo mnóstwo mnóstwo kotów nie ma. Nawet takich małych, co to chodzą z ogonami do góry i piszczą. I skąd mają wziąć. A jest zimno. No i są jeszcze straszniejsze sprawy na tym świecie: burczące potwory, które wyjeżdżają, nie wiadomo skąd, i nigdy się nie zatrzymują, Ludzie, którzy robią takie różne rzeczy, jakby myśleli, że cały świat jest bez czucia – poza nimi, i miejsca, która się załamują, zatrzaskują i zapadają. I w końcu koniec się zbliża na małych cichych łapkach… Ale wtedy pojawiałbym się ja! I ratował do utraty tchu. Nawet gołębie. Tylko ten płaszcz trochę by mi przeszkadzał.

Żelek

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Dima umiejętnie łączy teorie lingwistyczne z zagadnieniami meblarskimi

Bo najgorsze jest to, że się nie można porozumieć… Wiecie, mówię, że chciałbym coś zjeść, a Człowiek głaszcze. Albo mówię, żeby mnie nie łaskotał w tylne łapki – bo absolutnie nie wolno dotykać łapek!!! – a on łaskocze. I jeszcze się dopytuje, o co chodzi. Albo rzuca piłeczkę i to jest świetne, a potem na przykład mógłby rzucić drugą… Albo myszkę. Ale nie ma. To ja podpowiadam, a tu nic. Żadnego odzewu. I ja oczywiście nie mam pretensji, bo po prostu nie rozumie, ale szkoda, nie? No i o co chodzi z tym stołem?! Żeby nie było – ja nie chodzę po stole. A Dasza to już w ogóle, ona jest kocim aniołkiem. Ale czasem chyba można tak na sekundę wskoczyć na ten stół, nie? W końcu po co komu mebel, na którym nic się nie dzieje. No to czasem tak troszeczkę wskoczę i wtedy słyszę: „Dima, złaź ze stołu!”. No to bez problemu zejdę, ale ja się pytam – dlaczego? Nasze miseczki – Daszy i moje – stoją na ziemi. I wszyscy tam chodzą, i my, i to jest absolutnie w porządku. No to chyba jak ja przejdę po stole, gdzie czasem – powtarzam – czasem, stoi talerz, czy coś, z czego Ludzie jedzą, to chyba jest to samo! Dasza mówi, że mam nie pytać, tylko zejść. A najlepiej zejść, a wejść i zbadać sprawę wtedy, kiedy Ludzi nie ma domu. No, ale to jest bez sensu, skoro nie mam kogo spytać. Choć jak są, to też nie mogę, bo się nie rozumiemy… Kiepsko to jest wymyślone.

Nie uważacie, że powinien być taki uniwersalny język, który by wszyscy, absolutnie wszyscy rozumieli? Koty, Ludzie, psy, gołębie, muchy, stonogi, ryby, komary, wróble, pająki, ćmy, kawki, myszy, samochody… Dasza woła z kuchni, że mam się nie wygłupiać, bo samochody to nie „wszyscy”, tylko takie samo coś jak parasol albo odkurzacz. No dobra, może. Nie zbadałem, nie wiem. Widziałem, że jeżdżą, burczą, stają, świecą oczami, czyli niby żywe. No ale wracając… Jakby ten wspólny język był, to dopiero by było dobrze! Wszystko dałoby się wytłumaczyć, o wszystko poprosić, ze wszystkim, no… jakoś dojść do porozumienia. A tak co. Nie można wchodzić na stół i nie wiadomo dlaczego.

Dima

Fot. Klaudia Goriewa

Tekst: Anna Rau

Emi planuje przekazanie mienia

Poznajecie, nie? To ubranie! Wiecie, taki hmm worek, albo hmmm torba z dziurami, albo… nie… no takie coś z materiału, co mój Człowiek nosi na sobie, kiedy wychodzi Na Zewnątrz. A potem wraca i to zdejmuje. O, i na górze jest takie futerko, prawie jak moje. I właśnie górnym otworem weszłam w worek, i tak się prezentuję. Przy tym futerku. Nieźle – myślę, bo kolory futerka mojego i tego drugiego są idealne. I to wcale nie jest eksperyment bez powodu i sensu, tylko po prostu zobaczyłam coś, co musiałam przetestować. Bo jak się coś w łebku nie mieści, to trzeba to jakoś zrozumieć, żeby być mądrym kotem.

Jak byłam malutka, to myślałam, że te materiały w różnych kolorach, które ludzie mają na sobie, to są ich części! Czyli że ludzie są do połowy czerwoni, a od połowy czarni, albo że są w paski, albo z takimi długimi połami powiewającymi. I że są wełniści, albo gładcy. A jak już zamieszkałam u Człowieka, okazało się, że to wszystko są kawałki-Człowieka-nie-będące-Człowiekiem. Niesamowite! A to futerko przy mnie to już w ogóle. No bo wyobraźcie sobie – to tak, jakbym ja nosiła obróżkę z futerka myszy! Albo ozdobę na ogon z piór tych śmiesznych gołębi za oknem. Chi chi. Choć może i są na świecie takie koty, które coś tam noszą… Za to raz, oglądając świat z okna, zobaczyłam psa w ubraniu! I z tego ubrania wystawała mu głowa, łapki i ogon! Niby pies nie kot, ale i tak nie zmieściło mi się w łebku, że można tak dobrowolnie chodzić w ubraniu. Wiecie - nie będąc Człowiekiem... I dziś nagle okazja! Kiedy sobie szłam do miseczki, ujrzałam, że… leży! To ja myk! Przecież wiadomo, że musiałam to włożyć!!!

Nie do końca coś pasuje. Bo niby Człowiekowi tu wystaje głowa, i mnie wystaje, ale jakoś jest nie tego. Ale to szczegół. Cieplutkie! I to jest ta druga sprawa… A gdyby tak wyjść Na Zewnątrz… I wtedy… myślicie, że mój Człowiek bardzo by się przejął, gdybym to ubranie oddała tym kotom na podwórku, którym teraz jest zimno?

Emi testuje i planuje

Fot.: Ireneusz Kwiatkowski

Tekst: Anna Rau

Frida, która poznała wszystko i poznała nic

No bo kto to może zrozumieć. Z Ludzi – kto może. Nikt. Jakiś kot by pewnie zrozumiał. Może i niejeden… Dlatego wam nic nie powiem.

Kto zrozumie, jak to jest przestać być sobą. Jak zostać bez nikogo i bez niczego. I nigdzie. Czyli zostać niczym – bo bez nikogo i niczego zostaje się niczym. I co się czuje, skoro wcześniej było wszystko?

Na początku były słodkie małe przedmioty. Grzebyczek do futerka. Mięsko. I miseczka do mięska. I miseczka do wody. I kocyk w panterkę. Żeby pasował do futerka. I może jeszcze obróżka? Obróżki są takie śliczne. I była ciepła kuchnia i ogródek. Ach, i jeszcze ja. Koteczek. Śliczna kicia. Ja.

Ale potem wszystko się zmienia. Coś przybywa, więc coś musi zniknąć. Kot musi odejść, bo przeszkadza. Jeszcze kot coś zrobi. Kot sobie poradzi. Kotu nie dzieje się krzywda. Dom nie jest dla kota.

Bo są istoty ważne i ważniejsze. I te mało ważne. Ja wiem.

I wiem, że teraz jest najlepiej, jak mogło być. Bo w końcu – nagle – ktoś mi pomógł. I znowu jest miseczka i grzebyk. I ja. Czyli nie jest najgorzej, czy nawet nie jest źle. Ale mnie nie ma.

Nic wam nie powiem. Jestem sama. Więc nic. Nic wam nie powiem

Frida

Foto.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Imp, który poznał potwory i najlepszego Człowieka na świecie

Dzień dobry. Ja jestem nikt. Choć Człowiek, który mi dał jeść, zabrał mnie z zimnego i od potworów, i głaska mnie, powiedział… Bo ten Człowiek jest dobry – najlepszy, jakiego spotkałem. Najlepszy na świecie, jak moja mama. Moja mama poszła po jedzenie i nie wróciła. To ja poszedłem jej szukać. Ale bardzo źle widzę, już dłuższy czas. Najpierw miałem zamknięte ślipki, bo byłem malutkim kociakiem, a potem, jak otworzyłem, to najpierw lepiej widziałem, a potem to jakby gorzej, i gorzej. I teraz jest, jak jest. Mama mnie myła, to było lepiej. Ale nie wróciła z jedzeniem. I właściwie nie wiedziałem, gdzie idę, tylko tak trochę ją czułem, ale potem już przestałem czuć. I wszędzie było tak jasno, i wokół poruszały się te wielkie potwory na grubych okrągłych nogach, aż ziemia drżała. A mi było zimno, tak trochę, i bolały mnie łapki od chodzenia, to usiadłem. I tak siedziałem na słońcu – było jasno, więc na pewno świeciło, i nawet trochę grzało. Może źle zrobiłem, że zacząłem szukać mamy? Ale już było za późno. Nie wiedziałem, gdzie jestem, i nie wiedziałem, jak wrócić. To miejsce było dziwne. Mama mówiła mi, że gdyby kiedyś nie wróciła, to mam pamiętać, że mnie kocha. I zawsze będzie ze mnie dumna. I że Ludzie nie są tacy źli, jak się wydaje, ale mam być miły i uważać. To jak ten Człowiek się pojawił i ja zamiauczałem, i on zaczął mnie głaskać, to byłem miły i uważałem. To on mnie zabrał od tych potworów z okrągłymi łapami.

A! No i ten Człowiek powiedział, że jestem świetny kociak i będę impe… impunu.. imponującym kotem, więc mam na imię Imp. Jeśli „imponujący” znaczy „dobry”, to będę jak moja mama, i będzie ze mnie dumna.

Imp, z którego mama jest dumna

Fot.: Kamila Piórkowska

Tekst: Anna Rau

Koty w Kocim Pogotowiu uprawiają filozofię

- Jak fajniście! Lato wróciło, lato!

- Feliks, to nie lato, tylko jesień.

- To czemu jest lepiej niż wtedy, kiedy padało? Wszyscyście mi powtarzali, że lato jest wtedy, jak jest ciepło, i ptaki skaczą, i można je podziwiać, i jest zielono, i słońce świeci i jest ciepełko! Czyli to, co teraz!

- No tak, ale jesień może być podobna do lata.

- To czym się od niego różni?

- Tym, że liście spadają, że te wasze ptaszki skaczą jak oszalałe i jedzą więcej różnych owoców, bo one właśnie dojrzały, a my musimy się wygrzewać na słońcu, ile się da, bo po jesieni jest zima, i wtedy tylko zostają grzejniki do wygrzewania, bo słońce nie grzeje.

- Nie, to niemożliwe, słońce zawsze świeci i grzeje!

- Durian, ty znasz tylko wiosnę - kiedy się urodziłeś - i lato, czyli to, co już minęło. Uwierz mi, potem będzie świat cały szary, a potem biały. A potem znowu przyjdzie wiosna i potem lato.

- I tak jest w kółko? Zawsze?

- Zawsze – kiedy nas nie było, teraz i kiedy nas nie będzie.

- Durandal, a ja chciałbym, żeby zawsze było tak jak teraz – czyli ciepło, żebyśmy wszyscy byli tutaj, i żeby było tak miło.

- Nie jest dobrze, jeśli nic się nie zmienia. Nigdy nie byłbyś starszy, tylko zawsze byłbyś kociakiem. Nie dowiedziałbyś się wielu ważnych rzeczy. Drzewa by nie rosły. Ptaki fruwałyby bez końca. Tak naprawdę to by było straszne. Bo nikt nie mógł niczego skończyć – i odpocząć.

- A odpoczynek jest ważny.

- Tak, Żożo. I początek i koniec. A wiesz, co my teraz prowadzimy?

- Nie. Co?

- Rozmowę filozoficzną!

- Rety, zapamiętam to do końca życia.

Durandal, Żożo, Feliks i Durian filozofują

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Dima i Dasza odkrywają technologię żywności

- Dima, skąd Ludzie biorą jedzonko?

- No jak „skąd”. Z szafek, z lodówki… O! Z toreb jeszcze.

- Ale ty jesteś! No, ale skąd naprawdę! Wiesz. Polują? Ktoś im daje? Znajdują?

- Nie wiem… Ale nie umiem sobie wyobrazić, że nasz Człowiek gdzieś za drzewem siedzi na czworakach i się czai na puszkę z jedzeniem.

- O to to. Ja właśnie też tak ostatnio próbowałam sobie to wyobrazić i nie tego. Chyba że jedzenie samo chodzi Na Zewnątrz.

- Na pewno nie. Gdyby tak było, Ludzie by na pewno woleli, żebyśmy ich w tym wyręczali. Wiesz, to tak, jak się cieszą, kiedy obszukujemy kąty i włazimy pod meble, bo oni nie mogą, więc gdybyśmy sami mogli ganiać puszki, to byśmy ganiali. Proste.

- Masz rację. Przecież my biegamy szybciej od Ludzi, więc oni nie na pewno nie dogoniliby by tych puszek. To musi być jakoś inaczej.

- Hmm, może rosną?

- Może…

- Wiem! Jest takie miejsce Na Zewnątrz, gdzie co dzień Ludzie się gromadzą i tak patrzą do góry, patrzą… I w końcu przylatuje ogromny ptak i zrzuca z dzioba puszki!!!

- Ale to nie jest bezpieczne. Nawet jakby w Człowieka taka puszka trafiła – kojarzysz, jakie one są twarde i ciężkie – to by nie był zadowolony…

- No trudno, tak się dla nas poświęcają. Jak kogoś trafi to niestety.

- I jaki ptak to niby zrzuca?

- Bocian!

- Nie gadam z tobą. Wszyscy wiedzą, że bociany przynoszą kociaki.

Dima i Dasza

Fot.: Klaudia Goriera

Tekst: Anna Rau