Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Wandalka i najbardziej skuteczne sposoby na odkrycie przyszłości

Czy to prawda, że wczoraj ludzie próbowali poznać swoją przyszłość? Gdy tylko coś takiego usłyszałam, od razu mi uszy stanęły na baczność. To niesamowite!!! A ja nie mam kogo spytać o metody… Podobno trzeba rozlewać różne ciecze do misek, albo ciecz do cieczy, albo jedzeniem rzucać, czy coś... I wtedy, jeśli się coś odpowiednio znaczącego zauważy w tych plamach po jedzeniu, czy w tych rzucanych przedmiotach, to będzie pewne, że nasze futerko zmieni kolor, że się spotka najlepszego przyjaciela od miski, albo że aż do następnego roku ominie nas weterynarz. Fantastyczne. Od razu zechciałam poznać odpowiedź na najważniejsze dla mnie pytanie i zabrałam się do dzieła. Po pierwsze wyrzuciłam wszystkie chrupki z miski i muszę wam powiedzieć, że utworzyły wcale interesujące wzory. Takie malownicze. Niestety z ich odczytaniem poszło mi gorzej, bo nie przypominały niczego prócz rozsypanych chrupków. Trudno. Wzięłam się za ciecze. Na stole stał kubek z herbatą Człowieka, więc włożyłam do niego piłeczkę i zaczęłam ją obserwować. Piłeczka unosiła się, a jednocześnie trochę herbaty się wylało. To na pewno dobra wróżba. Więc trochę dopchałam piłeczkę, aby była jeszcze lepsza. No i ruszyłam dalej, aby uzyskać naprawdę jednoznaczną odpowiedź. Pamiętacie, jak Iwo pisał, że miał wiele kłopotu z niepotrzebną awanturą o pogryzienie rachunku? Ha, teraz myślę, że rachunki na pewno są tak ważne, bo Ludzie sami chcą je wykorzystywać do wróżb! Jednym słowem potrzebowałam rachunku. Żadnego w okolicy nie było, ale leżała gazeta. Więc nadgryzłam róg, powtarzając sobie, że jeśli uda mi się wygryźć kształt ptaszka, wszystko będzie BARDZO dobrze. Potem popatrzyłam – może to i był wygryziony ptaszek… Tylko że wtedy przyszedł Człowiek i dość stanowczo skrytykował moje wróżby. Zwłaszcza w kwestii herbaty usłyszałam, że jak się tak dalej będę zachowywać, to jest bardzo wątpliwe, czy w ogóle znajdę własny dom! A ja się bardzo przejęłam, bo przecież robiłam to wszystko, żeby się dowiedzieć, czy znajdę własny domek!…

Wandalka

Fot. Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau

Jedenaście dni Kropki

Dzień 1

Nie wiem, gdzie jestem. Chyba skręciłam nie w tę stronę… Do wieczora na pewno uda mi się wrócić. Na pewno.

Dzień 2

To nie ten dom. I nie ten. I nie ten… Głodna. Czemu jest tak zimno?

Dzień 3

I nie ten dom, i nie ten… Boję się tych strasznych samochodów.

Dzień 4

Jaka jestem głodna! Głodna. Głodna. Gdzie mam coś znaleźć?

Dzień 5

Bardzo głodna. Przepędzili mnie w śmietniku. Rozumiem. Sami nie mają.

Dzień 6

Miauczałam do kilku Ludzi. Jeden mnie pogłaskał, ale potem odpędził. Żaden nic nie dał.

Dzień 7

Zimno. Naprawdę zimno. Znalazłam kawałek ludzkiego jedzenia posmarowanego czymś tłustym.

Dzień 8

Padało w nocy. Szedł człowiek z psem. Uciekłam, ale zraniłam się w tylną łapkę. Boli.

Dzień 9

To chyba koniec. Już nie mogę miauczeć. Po prostu będę tu siedzieć. Niech się to skończy.

Dzień 10

Człowiek do mnie idzie. Zobaczył, że siedzę tu już drugi dzień. Pewnie przepędzi... Wszystko jedno.

Dzień 11

Kocyk, jedzenie, ciepło... Może choć umrę w cieple. Może nie umrę.

Kropka

Fot.: Weronika Szydłowska

Tekst: Anna Rau

Fisz, Fleszar i Farna jako komentatorzy okienni

- Fisz, opowiadaj! No, opowiadaj, co tam jest!

- Ludzie idą. Samochód przejechał. Znowu ludzie idą. Liść spadł z drzewa. Liść spadł z drzewa. Liść spadł z drzewa. Człowiek idzie. Samochód przejechał. Samochód przejechał. Samochód… Rety, za szybko jadą, nie mogę opowiadać.

- Trochę to nudne…

- Nudne?! Proszę bardzo, poopowiadaj lepiej!

- Phi, to łatwizna. Samochód przejechał. Człowiek przeszedł. Z torbą. Może ma w środku chrupki. Liść spadł. Liść spadł. Prawie już nie ma liści do spadania. Ciekawe, co będzie spadać, jak już wszystkie spadną. Człowiek przeszedł. Z plecakiem. Może ma w środku chrupki. Liść spadł.

- Fleszar, to znowu nudne…

- No wiesz! Może sama poopowiadasz?!

- Nawet opowiadać beze mnie nie umiecie. Proszę, opowiadam, zaraz wam ogony opadną ze zdumienia, że można tak opowiadać! Człowiek idzie. Człowiek idzie. Dwa Człowieki idą…

- Mówi się „Ludzie”.

- Wiem, ale urozmaicam opowiadanie. To miało być śmieszne.

- Aha, to przepraszam.

- Nie mogę z wami. Już nie będę urozmaicać – bo nie ma dla kogo. Liść spada. Człowiek idzie. Człowiek idzie. Samochód jedzie. Człowiek idzie.

- A niesie chrupki?

- Na pewno. I jeszcze puszki do tego.

- Miałaś rację – opowiadasz rewelacyjnie!

Fisz, Fleszar i Farna

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Izula opowiada mrożące krew w żyłach opowieści

Rety, inne kotki to mają przygody… Wspinają się na niebotyczne góry, ujeżdżają Wielkie Koty, oglądają przez okna dzikie widowiska… Ja też bym chciała opowiedzieć coś niesamowitego. Problem w tym, że mam tylko przygody z piłeczką. Albo przy miseczce… Ech. Choć… właściwie… coś tam niby mogę opowiedzieć. Hmmm, właściwie, to jestem pewna, że was to zaciekawi i się przejmiecie. Bo ja się bardzo przejęłam. Podczas tych przygód.

Czyli najpierw pierwsza przygoda. Była noc. Zeskoczyłam z kocyka i dzielnie podreptałam do miseczki. Wiedziałam, że coś się stanie, bo wszyscy spali! Wszyscy! A Ikar to chrapał!!! I byłam sama na całym świecie! Bo oczywiste, że jak w moim domku wszyscy śpią, no to i wszędzie. Więc podniosłam trochę ogonek, bo wtedy jakoś raźniej się idzie – i poszłam. I tak szłam, szłam i w końcu widzę – miseczka! Pusta. Pewnie Ikar wszystko pożarł. I tego… koniec przygody. To znaczy zakończenie jest dobre, bo wróciłam na kocyk i zasnęłam, a rano ugryzłam Ikara w ucho. O – i teraz koniec.

No i jeszcze druga historia – z Człowiekiem. Tak mi jakoś było smutno pewnego razu. Zabawa mi nie szła. Ikar znowu spał. (On to tylko się bawi, je i śpi. I w ogóle nie zwraca uwagi na to, że komuś może być smutno). A Człowiek przyszedł do domu, dał nam jeść, pobawił się z nami i potem coś zaczął robić w tym małym pudełku, co wydaje krótkie śmieszne dźwięki. To ja już nie wytrzymałam, bo takie pudełko to jest zaopiekowane, a przecież to ja byłam w tym pokoju smutną koteczką! Więc usiadłam koło Człowieka i zaczęłam miauczeć! To znaczy tak trochę udawałam w tym miauczeniu, bo chciałam, żeby jak najlepiej wypadło. I od razu mi się lepiej zrobiło, bo wychodziło to naprawdę nieźle. No i Człowiek od razu rzucił pudełko, wziął mnie na ręce i zaczął głaskać za uszkami. A do tego Ikar nadal spał. Czyli miał głaskane uszka mniej razy. Ale takie jest życie: jeden się stara i ma głaskane uszka, a drugi chrapie.

Jak tak sobie myślę o tych swoich dwóch przygodach, to właściwie nie zazdroszczę tamtym kotkom. Bo moje wszystkie przygody fantastycznie się kończą! A do tego są takie pouczające.

Izula

Fot.: Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau

Farna ogląda rzeczy starsze niż świat

Czy wyobrażacie sobie świat bez kotów? Nie. A świat bez Ludzi… Był taki świat. Wiem, że był. I mi się przyśnił. Jestem tylko małą Farną z ulubionym drapakiem, kolorową miseczką oraz dwójką moich braci, Fleszarem i Fiszem, na jednej kanapie, i mamy szczęście być w domku tymczasowym. Ale dawno, dawno temu były One. Wielkie Koty. Wielkie-Prakoty. Wielkie Niemal-Koty. Miały grube futra, bardzo długie zęby i ogromne pazury. Były ani złe, ani dobre, i inne niż cokolwiek kociego istniejącego dziś na Ziemi, i od dawna już ich nie ma. Ale ja zobaczyłam je dziś, w ciemności, która dla mnie jest tak przejrzysta jak dla was dzień. Fleszar już chrapał, Fisz przebierał we śnie łapkami, a ja przez chwilę patrzyłam w ciemność i wtedy nagle on przyszedł. Miał zęby jak szable i był absolutnie dziki, i piękny, a ja nawet nie pomyślałam, żeby go nie posłuchać i nie iść za nim w rześki świat pełen nieznanych zapachów i dźwięków. Było ciepławo i pachniało absolutnym nieznanym. Wielki Kot był naprawdę wielki i ciężki, choć sprężysty i żwawy, a ja byłam przy nim tak mała jak najmniejsze kociątko w miocie. I mijaliśmy wielkie drzewa, zupełnie mi nieznane, o tak soczystych kolorach, że nawet Ludzie nie umieliby dziś takich barw odtworzyć. I krzaki jak wielkie rozety. I dziwne zwierzęta, tylko trochę znajome, które nas z respektem omijały. I wielkie owady, które sama bym z respektem ominęła. I wszystko było takie intensywne i nieznane, a ja czułam się mała, bezpieczna i nieskończenie wolna. I w końcu, choć nie chciałam skończyć tej wędrówki, spytałam mojego przewodnika: „Dlaczego mi to wszystko pokazujesz, Wielki Kocie? I gdzie tutaj mieszkają Ludzie?”. A Wielki Kot odpowiedział: „Pokazuję to, żebyś była silna i wspaniałomyślna. Żebyś wiedziała więcej. Żebyś mogła to wszystko opowiedzieć innym. I żebyś pamiętała o tym, kiedy usłyszysz kolejną bolesną kocią – i nie tylko kocią – historię, że świat jest dziwny i straszny, i piękny, i sprawiedliwy. To, co zniknęło, zawsze może wrócić, a to, co obecnie triumfuje, zawsze może zniknąć”. I dodał: „Pamiętaj, malutka, jesteśmy starsi od Ludzi”, a ja obudziłam się przerażona i dumna.

Farna zwiedza pra-sen

Fot.: Anna Żokowska

Tekst: Anna Rau

Ibis nieustraszenie walczy z kocykową lawiną

Patrzcie!!! Patrzcie, jak się wspinam! Nikt nie umie tak się wspinać, jak ja!  Wspinam się, bo jestem walecznym odkrywcą! Choć nie, tu nie ma co odkrywać, tam dalej jest brzeg kanapy… Ale jestem po prostu dzielnym wspinaczem! Alpinistą kocykowo-łapkowym. Mam haki na łapkach i ogon zamiast liny, więc niesamowicie szybko oraz niewiarygodnie łatwo się wspinam, żeby ratować uwięzioną na szczycie góry myszkę. Królową myszek, która piszczy ze strachu i czeka na jakiegoś wybawcę. I to ja, Ibis, ją uratuję! Tam gdzieś daleko, daleko na dole czekają, gryząc łapki z napięcia, Ikar, Ivo i Idol (bo żaden z nich nie miał odwagi wspiąć się po królową myszek, po prostu wspinali się i spadali, o tak – pac pac pac). A obok niech siedzi i zakrywa pyszczek łapkami moja siostrzyczka Inka. Nie martw się, Inko! Uratuję myszkę i będziemy mieli nową koleżankę! Uch, wspinam się, wspinam… Ile jeszcze tego wspinania… No dobra, Mistrz Ibis i królowa myszka nachodzą. Już nadchodzą… uf. Góra z kocyka się rusza i fałduje, prawdziwa lawina i trzęsienie ziemi – wszystko przeciw mistrzowi. Ale nie żałujcie mnie, jeśli spadnę. Jestem mistrzem i wspinaczki, i spadania. Choć ziemia daleko – już przekraczam linię kłębiastych obłoków i ptaki górskie zataczają koła wokół samotnego kociego alpinisty. Ale i tak nie spadnę, tylko uratuję myszkę i powiem z góry: „Nie dziękujcie mi. To trzeba było zrobić dla dobra wszystkich kocich zabawek. I kociaków w tym pokoju”. I mama popłacze się ze szczęścia, że ma takiego dzielnego synka. A Inka, Ikar, Ivo i Idol będą podskakiwać, miaucząc na wiwat. I wtedy zejdę jako oficjalny najlepszy wspinacz i ratownik kocich zabawek świata. Hej, patrzcie, jak się wspinam! No, patrzcie!

Tylko dlaczego ja się zsuwam?!

Ibis, dzielny alpinista

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Misiek widzi same zmiany – i ich niezmienność

Tyle już żyję. Długo. Czasem się dziwię, że tyle się zmienia… I dla mnie wszystko się zmieniło w jednym momencie – ale ja się właściwie nie zmieniłem. Jestem zdrowy. Jem. Śpię. Siedzę na oknie. Idzie kolejna zima. Czasem sobie myślę… Nie powinno się żyć za długo. Wiem, że to trudne, co napisałem, niejednoznaczne. Chyba nie powinienem tak szczerze mówić, bo to czytają małe kociaki i przecież Ludzie się starają, żeby mi było dobrze. Rozumiecie – nie „mój Człowiek”, tylko „Ludzie”. Ale przejmują się. Choć ja myślę, że już nigdy nie będzie dobrze – tak dobrze, jak było. Mojego Człowieka nie ma, a ja nadal jestem. Dziwnie to jest urządzone. Zabawnie. Mam ciągle tę samą miskę, moją poduszkę, kuwetę. Cały ten mały świat, do którego jestem przyzwyczajony. I wiem, że miałem wiele szczęścia w tym wszystkim. Wiele kotów by mi zazdrościło. Bo przecież mogłem pojechać do schroniska. Mogłem wylądować na ulicy. Mogli mnie… Dobrze, że mogę mieszkać tutaj – gdzie żyłem całe życie z moim Człowiekiem. To dużo. Ba, niektórzy powiadają, że kotom jest wszystko jedno, czy Człowiek jest, czy go nie ma, grunt żeby fotel został i miska. Bzdury to są i tyle. Jestem stary, to mogę tak mówić. Niech się obrażą, nie oni dają mi jeść, tylko ci Ludzie, co się przejmują... Tak sobie patrzę jednym okiem – po moim Człowieku już wszystko jest nie takie. I ta miska, i fotel. Tak jest i tak będzie. Bo kto by mnie teraz chciał.

Pewnie – kot lubi swój fotel i miskę, ale bez Człowieka, który był i odszedł, to wszystko jest tylko cieniem. Wszystko jest tylko cieniem… Taaak. Chyba krąży między ludźmi takie zdanie, że „umrzeć – tego nie robi się kotu”. A mój Człowiek mi zrobił.

Misiek

Tekst: Anna Rau

Żelek przedstawia swoje szlachetne aspiracje

Ludzie to mają dobrze. Jak im się dzieje coś strasznego, to przylatuje Megaczłowiek i ich ratuje. Widziałem to! Moi Ludzie oglądają czasem (i ja też jednym okiem) takie ruchome obrazki w wielkim poziomym pudełku, w którym wyświetlają się całe długie historie… Baaaardzo długie, swoją drogą – najczęściej zasypiam po jakimś czasie, bo ile to tak można siedzieć i patrzeć. Ale Ludzie widocznie mogą. No i kiedyś oglądali jakąś skomplikowaną historię o Megaczłowieku, który w kolorowym ubraniu i takim powiewającym płaszczu latał i ratował wszystko, co się da! To znaczy kotów nie ratował. No, ale co się dziwić, ratował swoich. Znaczy Ludzi. Bo czy gdybym ja był Megakotem, to bym ratował na przykład gołębie?... Może bym i ratował. Ale pod warunkiem, że kiedyś jakiś Megagołąb uratowałby mnie! Chi chi. I wyglądało to tak, że gdy jakiś Człowiek miał naprawdę duży problem, na przykład... na przykład... kiedy pędził na niego jakiś wielki wstrętny stwór, to on krzyczał, krzyczał, i nagle pojawiał się ten Megaczłowiek i porywał go w powietrze!!! A potem stawiał w bezpiecznym miejscu i odlatywał, nawet nie czekając na podziękowanie. Taki był bohaterski i skromny. Jejku! Jak ja bym chciał być takim bohaterem. Bo w każdej chwili gdzieś się dzieje coś złego. Nie mam złudzeń, jestem młody, ale nie głupiutki, i wiem, że nawet jeśli ja mam miseczkę i kocyk, to mnóstwo mnóstwo mnóstwo kotów nie ma. Nawet takich małych, co to chodzą z ogonami do góry i piszczą. I skąd mają wziąć. A jest zimno. No i są jeszcze straszniejsze sprawy na tym świecie: burczące potwory, które wyjeżdżają, nie wiadomo skąd, i nigdy się nie zatrzymują, Ludzie, którzy robią takie różne rzeczy, jakby myśleli, że cały świat jest bez czucia – poza nimi, i miejsca, która się załamują, zatrzaskują i zapadają. I w końcu koniec się zbliża na małych cichych łapkach… Ale wtedy pojawiałbym się ja! I ratował do utraty tchu. Nawet gołębie. Tylko ten płaszcz trochę by mi przeszkadzał.

Żelek

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Dima umiejętnie łączy teorie lingwistyczne z zagadnieniami meblarskimi

Bo najgorsze jest to, że się nie można porozumieć… Wiecie, mówię, że chciałbym coś zjeść, a Człowiek głaszcze. Albo mówię, żeby mnie nie łaskotał w tylne łapki – bo absolutnie nie wolno dotykać łapek!!! – a on łaskocze. I jeszcze się dopytuje, o co chodzi. Albo rzuca piłeczkę i to jest świetne, a potem na przykład mógłby rzucić drugą… Albo myszkę. Ale nie ma. To ja podpowiadam, a tu nic. Żadnego odzewu. I ja oczywiście nie mam pretensji, bo po prostu nie rozumie, ale szkoda, nie? No i o co chodzi z tym stołem?! Żeby nie było – ja nie chodzę po stole. A Dasza to już w ogóle, ona jest kocim aniołkiem. Ale czasem chyba można tak na sekundę wskoczyć na ten stół, nie? W końcu po co komu mebel, na którym nic się nie dzieje. No to czasem tak troszeczkę wskoczę i wtedy słyszę: „Dima, złaź ze stołu!”. No to bez problemu zejdę, ale ja się pytam – dlaczego? Nasze miseczki – Daszy i moje – stoją na ziemi. I wszyscy tam chodzą, i my, i to jest absolutnie w porządku. No to chyba jak ja przejdę po stole, gdzie czasem – powtarzam – czasem, stoi talerz, czy coś, z czego Ludzie jedzą, to chyba jest to samo! Dasza mówi, że mam nie pytać, tylko zejść. A najlepiej zejść, a wejść i zbadać sprawę wtedy, kiedy Ludzi nie ma domu. No, ale to jest bez sensu, skoro nie mam kogo spytać. Choć jak są, to też nie mogę, bo się nie rozumiemy… Kiepsko to jest wymyślone.

Nie uważacie, że powinien być taki uniwersalny język, który by wszyscy, absolutnie wszyscy rozumieli? Koty, Ludzie, psy, gołębie, muchy, stonogi, ryby, komary, wróble, pająki, ćmy, kawki, myszy, samochody… Dasza woła z kuchni, że mam się nie wygłupiać, bo samochody to nie „wszyscy”, tylko takie samo coś jak parasol albo odkurzacz. No dobra, może. Nie zbadałem, nie wiem. Widziałem, że jeżdżą, burczą, stają, świecą oczami, czyli niby żywe. No ale wracając… Jakby ten wspólny język był, to dopiero by było dobrze! Wszystko dałoby się wytłumaczyć, o wszystko poprosić, ze wszystkim, no… jakoś dojść do porozumienia. A tak co. Nie można wchodzić na stół i nie wiadomo dlaczego.

Dima

Fot. Klaudia Goriewa

Tekst: Anna Rau

Emi planuje przekazanie mienia

Poznajecie, nie? To ubranie! Wiecie, taki hmm worek, albo hmmm torba z dziurami, albo… nie… no takie coś z materiału, co mój Człowiek nosi na sobie, kiedy wychodzi Na Zewnątrz. A potem wraca i to zdejmuje. O, i na górze jest takie futerko, prawie jak moje. I właśnie górnym otworem weszłam w worek, i tak się prezentuję. Przy tym futerku. Nieźle – myślę, bo kolory futerka mojego i tego drugiego są idealne. I to wcale nie jest eksperyment bez powodu i sensu, tylko po prostu zobaczyłam coś, co musiałam przetestować. Bo jak się coś w łebku nie mieści, to trzeba to jakoś zrozumieć, żeby być mądrym kotem.

Jak byłam malutka, to myślałam, że te materiały w różnych kolorach, które ludzie mają na sobie, to są ich części! Czyli że ludzie są do połowy czerwoni, a od połowy czarni, albo że są w paski, albo z takimi długimi połami powiewającymi. I że są wełniści, albo gładcy. A jak już zamieszkałam u Człowieka, okazało się, że to wszystko są kawałki-Człowieka-nie-będące-Człowiekiem. Niesamowite! A to futerko przy mnie to już w ogóle. No bo wyobraźcie sobie – to tak, jakbym ja nosiła obróżkę z futerka myszy! Albo ozdobę na ogon z piór tych śmiesznych gołębi za oknem. Chi chi. Choć może i są na świecie takie koty, które coś tam noszą… Za to raz, oglądając świat z okna, zobaczyłam psa w ubraniu! I z tego ubrania wystawała mu głowa, łapki i ogon! Niby pies nie kot, ale i tak nie zmieściło mi się w łebku, że można tak dobrowolnie chodzić w ubraniu. Wiecie - nie będąc Człowiekiem... I dziś nagle okazja! Kiedy sobie szłam do miseczki, ujrzałam, że… leży! To ja myk! Przecież wiadomo, że musiałam to włożyć!!!

Nie do końca coś pasuje. Bo niby Człowiekowi tu wystaje głowa, i mnie wystaje, ale jakoś jest nie tego. Ale to szczegół. Cieplutkie! I to jest ta druga sprawa… A gdyby tak wyjść Na Zewnątrz… I wtedy… myślicie, że mój Człowiek bardzo by się przejął, gdybym to ubranie oddała tym kotom na podwórku, którym teraz jest zimno?

Emi testuje i planuje

Fot.: Ireneusz Kwiatkowski

Tekst: Anna Rau