Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Feniks rozważa trudny temat odbioru, tożsamości i innych ludzkich spraw

Czy kiedyś zastanawialiście się, jak zwierzęta was odbierają? Koty, czy nie koty. Zwierzęta. A znacie słowo „nadprzyrodzony”? Wiem, wiem, nie powinienem używać takich niekocich słów. I tak po prawdzie właściwie koty takich słów, jak „nadprzyrodzony”, „superhieratyczny”, czy „zawoalowany”, nie używają. Nie dlatego, że nasz język jest ubogi czy niedostateczny, ale po co mówić barokowo (zwróćcie uwagę, chi chi), skoro można prosto i na temat. Ale dlaczego zacząłem od tego nadprzyrodzonego… Bo to znaczy – niezwykły, ponadprzeciętny, niesamowity, godny podziwu, cudowny. Kiedy zwierzę was obserwuje, widzi, że jesteście ogromni (jak siedem kotów, pięć dużych psów, kilkadziesiąt ptaków i tak dalej) i że jesteście „inni”. Po pierwsze, macie dostęp do nieograniczonej ilości jedzenia! Dowolnego. Gdy się jest bezdomnym kotem, albo choćby ptakiem, zwraca się uwagę na to, czego się nie ma. A zimą przede wszystkim nie ma się jedzenia. Jak jest jedzenie, przeżyjesz mroźną noc, bo masz siłę poszukać schronienia i zachować ciepło ciała. No więc, kiedy tak się na was patrzy – spod samochodu, z piwnicznego okienka, z drzewa, zza krawężnika, widzimy, jak głośno poruszacie się po wytyczonych przez siebie drogach, niosąc torby wypełnione jedzeniem, jedząc po drodze, rzucając nieuważnie tu i tam jakieś resztki. Skąd to macie?! Ptaki was uwielbiają. Często. Po drugie, jesteście ciepło opatuleni – w jakichś warstwach, zmieniających kolor materiałach. Ocieplani szczęściarze. Po trzecie, wszystko w mieście jest dla was. Zbudowaliście je pod siebie – i w wielu wypadkach na inne istoty już nie ma miejsca. A zresztą sami ich nie chcecie. Bo zwierzęta brudzą, hałasują i bywają chore.

Maluchy – kociaki – widzą w was groźnych superbohaterów. Ogromnych, jeżdżących w niesamowicie szybkich potworach z blachy, które są wam posłuszne, żyjących za szybami i drzwiami, zza których bucha ciepło, gdy je otworzycie, i gdzie otaczają was nawet zimą zielone rośliny. Cóż to za niesamowite istoty! - mówią kociątka. Ale dorosłe koty je ostrzegają, że oczywiście są wśród was tacy „bohaterowie”, którzy karmią, przygarniają bezdomnych oraz leczą chorych, ale że macie i drugą naturę. Że wasze metalowe potwory nie mają litości dla stojącego na ich drodze zwierzaka, że ciepło w waszych domach jest tylko dla was i waszych domowych ulubieńców, a jedzenie, którego macie nieprzeliczone ilości, rzadko trafia na śmietniki, gdzie możemy coś wygrzebać, w takiej formie, że jest to zjadalne. I że bywacie głośni, okrutni i nieuważni. Dlatego kociaki mają uważać. Bo "nadprzyrodzony", czyli "inny", oznacza i "niezwykły", i "straszny". Niezrozumiały. Czujecie tę odpowiedzialność?

Wybaczcie, że dzisiaj tak smutno piszę. Mam zły nastrój.

Feniks

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Katrina rozmyśla nad tym, kto kim i dlaczego jest

Siedzę sobie ciepła i puchata na kocyku i myślę, że jednak życie jest dziwne i ogólnie niesprawiedliwe. Bo jak to się dzieje, że jeden ma kocyk, miseczkę i co dzień ciepło o poranku, a drugi teraz tylko przemyka od dziury do dziury i zastanawia się, czy przeżyje noc? Gdy dziś rano wyjrzałam przez okno, zobaczyłam Na Zewnątrz kota… Był taki sam jak ja! Miał białe futerko w łatki – tylko lekko przybrudzone. Przemykał na końcach łapek po białym od śniegu trawniku, kuląc uszy w podmuchach wiatru. I nagle zamarł. Ostrożnie przesuwając się między gałązkami krzaka, przyczaił się, obserwując błyszczącego czarnego ptaka z żółtym dziobem, skaczącego w bieli i kręcącego z zastanowieniem łebkiem nad ostatkiem jakichś owoców na krzaku. Kot przesuwał się łapka za łapką, zachodząc zaabsorbowanego ptaka od tyłu… Dzięki białemu futerku był całkiem dobrze zakamuflowany. Kibicowałam mu całym sercem, gdyż był chudy… Z drugiej strony popatrzyłam na ptaka – czarną kulkę, której tu absolutnie nie powinno być, którą przyłapał mróz, która jakimś cudem przeżyła noc i która chce żyć dalej. Był zabawny jak moja piłeczka i równie głodny jak kot. Szkoda małego – i szkoda chudego kota. I wtedy pomyślałam też – jak to jest… Kto o tym zdecydował, że to nie ja teraz próbuję upolować czarnego kosa, a ten łaciaty nie przygląda mi się zza szyby, siedząc na ogrzanym ciepłem grzejnika parapecie. Kto o tym zdecydował – jaki przypadek, los, czy gwiazda, że to ja mam czyste futerko i zawsze pełną miskę, a on musi polować w zimnej bieli?

Kos uciekł. Kot wyprostował się i ruszył dalej. Patrząc, jak drepcze w śniegu, mówiłam do niego cicho: „Wytrzymaj jeszcze trochę, już niedługo! Będzie wiosna. Będą trawa, wonne wieczory i jasne noce. Będzie można bawić się w trawie i wygrzewać w plamach słońca. Będzie jedzenie, będzie ciepło i będziesz mruczeć o zmroku na wygrzanym murku. Tylko wytrzymaj”.

Katrina

Fot.: Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau

Joda, pierwsza w historii koteczka, która żałuje, że za długo spała

Święto, święto i po święcie! Kota oczywiście. Za szybko minęło. Za szybko… To był mój pierwszy Dzień Kota w życiu i trochę poszkapiłam sprawę, bo mnóstwo przespałam! A miało być tak pięknie. Ale to dlatego, że Jankes mnie nie budził z drzemek – a obiecał!

Wiecie, jak tylko kiedyś po raz pierwszy usłyszałam, że Ludzie poświęcili cały dzień w roku, żeby fetować to, co jest kocie, zdziwiłam się i ucieszyłam. I zaczęłam sobie wyobrażać to świętowanie… Że wszędzie na podwórkach wystawią miseczki z jedzeniem, żeby choć w ten dzień naprawdę wszystkie koty się najadły. I że wystawią też takie małe piecyki, żeby mogły się ogrzać. I że postawią słynne kocie domki, na które koty Z Zewnątrz tak tęsknie popatrują, bo przecież ich nie ma tylu, ile jest kotów. I że te domki po Dniu Kota zostaną już na zawsze. Jak streściłam to wszystko Jankesowi, to powiedział, że jestem szlachetną koteczką i nie wiedział, że mam tak szerokie horyzonty. No ba! Ale sobie też stworzyłam scenariusz na nasze rodzinne świętowanie, nie myślcie. No więc miało być tak: nasz Człowiek miał cały dzień przy nas siedzieć i to głaskać, to drapać, a ogólnie to rzucać piłeczki i myszki. I nigdzie nie wychodzić. Bo po prostu miał podziwiać, jak dzielnie się rozprawiamy z zabawkami. Bo to chyba przyjemnie patrzeć, jak ktoś się dobrze bawi, prawda? A potem w nagrodę mieliśmy dostać luksusowe chrupki w kształcie poduszeczek, które się dostaje w ograniczonej ilości, bo „to, kotki, deser jest” (cokolwiek to znaczy). Oczywiście podzielilibyśmy się chrupkami ze Współkotem – czyli naszym kocim współlokatorem – bo w końcu to również jego święto. On chyba by nie chciał, żeby mu rzucać piłeczki i myszki, więc mógłby razem z Człowiekiem podziwiać, jak ja z Jankesem polujemy. Świetny scenariusz, nie? Jankesowi też się podobał. No i muszę wam powiedzieć, ze Człowiek bez konsultacji z nami całkiem nieźle cały ten plan zrealizował: były specjalne miseczki dla naszej trójki, no i zabawa z tym, co wiecie. I głaskanie. Ale po każdej takiej sesji po prostu padałam i zasypiałam! Bardzo smutne. Mój Pierwszy Dzień Kota miał trwać bez końca! A minął tak szybko jak lot sikorki za oknem, że tak powiem jak poetka Jazz. Współkot mówi, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, bo następny Dzień Kota już za rok. I że my tutaj właściwie co dzień mamy Dzień Kota. No tak, ale nieoficjalnie!

Joda

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Fiona wyjaśnia, jak widzą lusterka

Teraz mieszkam w Kociej Kawiarni. To świetne miejsce, bo przychodzi wielu Ludzi i można się z nimi bawić. No, Juniora nie przebiję – on jest szalony! (Bo on tu też mieszka. I Gracjan, który jest dostojny i pełni funkcję prezesa, i Ibis, i jego brat Idol, i łaciaty Hirek, i Jotek. Ogólnie świetna ferajna). Przyjdziecie do mnie?

Ale chciałam o czymś innym. Widzieliście to może? Dwoje szkieł, takich okrągławych, połączonych jakby mostkiem i z zaczepami na uszy… A może sami nosicie… Tak! Okulary!!! Bo wiecie, ja średnio widzę… A zresztą nie, jestem już dużą koteczką i powiem tak, jak jest. Źle widzę. Nie ma się czego wstydzić i co ukrywać. Ale kiedyś trochę się wstydziłam – i wiecie, jakie to było dla mnie odkrycie, kiedy dowiedziałam się, że niektórzy Ludzie też mają problemy ze wzrokiem? Zawsze myślałam, że jestem inna, dziwna i jedyna. (Wtedy jeszcze nie było wśród naszych tymczasujących Kofika o oczach jak noc bez gwiazd, który w ogóle nie widzi). I nie powiem - koty, z którymi mieszkałam, nigdy nie pokazały mi, że coś jest nie tak. Bo ja sobie świetnie radzę, ha. I Ludzie głaskali, komplementowali… Śliczne futerko, urocze uszka, rozkoszne łapki. Ale to nie zmieniało faktu, że byłam jedyna z oczami jak lusterka i rozmytym światem.

A potem po raz pierwszy zobaczyłam Człowieka w okularach i trochę się zdziwiłam, trochę miałam obawę, żeby podejść… Bo co też to może być? Ale jak już się dowiedziałam, rety! No powiem jedno - Ludzie bywają dobrzy i źli, ale są genialni. Okulary… Szkła, które się nosi na nosie. Zabawne. Rewelacyjne! Oczywiście koty nie noszą okularów i nigdy nie będą nosić, bo by im spadały, ale sama myśl uspokaja. A moje lusterka jakoś tam odbijają świat - rozmazany, lecz pełny tęcz i ruchów, które można i trzeba zbadać! A moje łapki zaniosą mnie wszędzie! Ba, do tego mam je cztery – to tak a propos Nikoli, która również biega i skacze, i bawi się, a ma trzy. Można? Można! Wyżej, dalej, mocniej! To jak – przyjdziecie do mnie? Ja i Junior biegamy jak dwa samochodziki! Jak na olimpiadzie! Cudownie jest po prostu być.

A swoją drogą wyobrażacie sobie małą czarną Fionę w okularach? Ja też nie. Ale miło pomarzyć.

Fiona i jej lusterka

Fot. Anna Żokowska

Tekst: Anna Rau

Jazz opowiada, jak to jest trzymać w łapkach piłeczkę poezji

Nie śmiejcie się z kota, gdy we śnie przebiera łapkami! I otwiera pyszczek i stroszy wąsy. I goni, goni, galopuje na podusi. A ogon mu drga i wywija! Bo kot we śnie przemierza sawanny. Jest lwem ryczącym i tygrysem w paski. Jest ocelotem na przedziwnym drzewie i sprytnym gepardem biegnącym przez afrykańskie trawy. Nie śmiejcie się z kota, gdy we śnie przebiera łapkami! Bo kot we śnie przemierza ciemne podwórka z jasnymi kwadratami okien – wysoko, wysoko niczym gwiazdy. I skrada się pod kołami groźnych uśpionych samochodów. Bo goni cienie i ucieka przed mrozem, co kąsa w różowe poduszeczki łapek. Nie śmiejcie się z kota, gdy we śnie przebiera łapkami! Bo kot we śnie przemierza nieskończoną przestrzeń, goni iskry komet i przeskakuje szumiące życiem planety. Niezliczone słońca grzeją kocie futro, a wibrysy lśnią od księżycowego pyłu.

Ach, sny. Piłeczki snów, które kot co dzień uporczywie chwyta niecierpliwymi łapkami. Tak często śnię… Ja, mała Jazz, znaleziona w ciemnym, październikowym śmietniku przez Kociego Mikołaja. Tak twierdził mój brat, Jogi. Nie wiem, czy to był Mikołaj, czy może Człowiek. Lub Nie-Człowiek. Bo może to był Październik? Wielki Bury Kot z jasnożółtymi oczami? Kiedyś, gdy moja siostra Judi wysłuchała jednej z takich historii, popatrzyła na mnie z namysłem i powiedziała, że będę poetką. Czy koty mogą być poetami? Może. I wtedy widzą Koty-Grudnie i Koty-Stycznie o białych futrach – Nieśmiertelne Koty, co próbują przygarniać bezdomne kociaki, a potem siedzą ze zwieszonymi wąsami, bo ich litość ma zawsze smutne zakończenie.

Widzicie tę piłeczkę? Ostatnio o niej śniłam. To była mała Ziemia w moich łapkach, turlana i odbijana w tańcu na dywanie. A gdy skakałam i czyniłam sobie Ziemię poddaną, patrzyłam na nieruchomy krajobraz za oknem i wykrzykiwałam: „Patrzcie, patrzcie – a jednak się kręci!”. Dziwny sen – bo czy różowa piłeczka może być Ziemią?

Jazz

Fot.: Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau

Izula i Ikar planują rozrywki bez Ludzi

- Hej, co tak leżysz? Coś się… Łaaa, Ikar!!! Skąd masz to cudo?! Choinki nie ma już prawie od miesiąca. I wszystkie te wiszące zabawki, bombki… wszystko, wszystko Ludzie schowali! A tu nagle co widzę… No, zaimponowałeś mi.

- Schowałem, wiesz. Jak tylko zobaczyłem, że zaczyna się akcja z likwidacją drzewa, pomyślałem: „Niedobrze, nic nam nie zostanie". Swoją drogą, nie mogli tego wszystkiego zostawić?! No ale jak to z Ludźmi – było za dobrze. I wiesz, niby wskakiwałem do pudełek z zabawkami, niby coś tam łapką, a tak naprawdę chwyciłem to kosmate w pyszczek i wciągnąłem pod kanapę, jak nie patrzyli. Zawsze coś.

- I aż do tej pory trzymałeś?

- Chciałem, żeby była niespodzianka. Ale dziś rano tak jakoś sobie pomyślałem: „Taaaak, to jest TEN dzień. Niech się Izula cieszy”.

- Ikar, jesteś bohaterem!!!

- Oj tam, zaraz bohaterem… Po prostu trzeba było coś zrobić. Myszki, piłeczki i torby, które przynoszą z zakupami, są fantastyczne, ale to mało, nie? Ciągle ich nie ma i gdybyśmy nie mieli siebie, byłaby straszna mizeria. A tak… pa bam!!!

- To może się pobawimy? Chcesz? Poprzeciągamy sobie. Albo nawet… wiesz, ja to wezmę w pyszczek i będę uciekać, a ty będziesz gonić. W końcu ty to załatwiłeś, należy ci się. Ale potem się zamienimy!

- No, dobry pomysł, dobry…

- A w przerwach możemy to gryźć i skopać. Przyjemnie włochate.

- Dobra. Tylko, wiesz, jak będą wracać, to trzeba schować, bo nam zabiorą.

- Dlaczego?! Sam to upolowałeś!

- Wiesz, jacy są… A to się zadławimy, a to porozrzucamy.

- Jakąś rację by mieli – porozrzucać trochę trzeba...

Ikar i Izula

Fot. Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Wira wyznaje, dlaczego patrzy ze smutkiem na topniejący śnieg

Śnieg topnieje. To dobrze. Było tak zimno, tak zimno… Słyszeliście pewnie tę smutną historię o Burym, który przychodził do nas – do Kociego Pogotowia - pod okna i niby się rozglądał po terenie, niby trochę nas podglądał, a trochę chodził własnymi drogami. Bardzo mi się spodobał, bo był po prostu spokojnym obserwatorem, a do tego miał śliczne bure futerko jak ja. Gdy jakiś czas temu zrobiło się tak zimno, że na zewnątrz wszystko zamarzło, Bury przyszedł do nas ostatni raz. Pewnie nie liczył na nic, tylko chciał trochę spokoju w miejscu, które znał. Był bardzo chory i gdy przyszedł, to potem już tylko leżał... Nasi Ludzie zabrali go do środka i długi czas próbowali ratować. Dawali różne lekarstwa, ogrzewali i siedzieli przy nim. Jednak Bury odszedł za Tęczowy Most.

Dobrze, że śnieg topnieje. Ilu takich Burych, Pasiastych, czy Łaciatych chodzi Na Zewnątrz. Tylko… jest tylko jedno „ale”. Bałwanek. Jakieś ludziki – w sensie mali Ludzie – niedawno zrobiły na białej łące za oknem taką figurkę ze śniegu. Prostą – trzy kulki i patyki zamiast łapek, i oczy oraz pyszczek z jakichś kamyczków. Właściwie to bardzo niekocia figurka. Patrzyłam, jak ją lepią, jak się cieszą, że taka pocieszna, a potem odchodzą. A bałwanek został i przyglądał się światu spokojnymi kropkami oczu, i uśmiechał tym swoim nie-pyszczkiem. Od razu go polubiłam, bo przypominał mi Burego z jego osobnością i dyskrecją. Miły bezpieczny towarzysz, który jest z tobą, ale jakby go nie było. Bo zawsze byłam trochę nieśmiała i czuję respekt w stosunku do bardzo towarzyskich i gadatliwych kotów. A tu nagle za oknem mam tak wiernego i milczącego przyjaciela jak bałwanek. Taka z nas para odludków – Wira na parapecie i bałwanek za oknem. Jak miło.

Tylko że śnieg topnieje. Bałwanek też z każdą godziną jest coraz niższy i mniejszy. Topi się. Jest mi smutno. Był dobrym kompanem w obserwacji świata, takim podobnym do mnie.

Nie odchodź, bałwanku.

Wira

Fot.: Anna Smółkowska

Tekst: Anna Rau

Żożo stwierdza, że ludzki zodiak może to i owo powiedzieć o kotach

Dlaczego niektórzy ludzie opiekują się kotami, a inni są obojętni? I dlaczego jednym przeszkadza, że gdzieś stoi pod murkiem, czy w śmietniku miska dla bezdomnego kota, czy jakichś tam ptaków, a inni jeszcze coś tam włożą?... Ech. Nie lubię zimy i zimna, i dlatego teraz mnie nachodzą takie myśli. Urodziłam się jesienią - i to już półtora ludzkiego roku temu, więc widziałam jedną zimę. Byłam kociątkiem, ale pamiętam. Koty mówią, że kociaki urodzone na jesień Na Zewnątrz z jednej strony mają pecha – weź tu przeżyj kiedy jesteś malutki i grzany tylko przez mamę, a mama nie ma co jeść i siedzi z tobą gdzieś ukradkiem w kącie. Z drugiej strony – są potem odporniejsze, waleczniejsze i już niczemu się nie dziwią, bo skoro przeżyją zimę, to… ho ho. Ale ja, choć przeżyłam zimę jako kociak, nadal dziwię się Ludziom - tak w ogóle. Może dlatego, że właśnie jako maluch spotkałam takich, którzy lubią koty i zechcieli mi pomóc, i ten dar niedziwienia się mnie nie objął. Ale za to miałam szczęście. I właściwie powinnam być optymistką. No to żebyście nie myśleli – jestem optymistką, ale taką... ostrożną. Trzeba być ostrożnym i rozważnym, to wtedy jakoś spokojniej się żyje. Wiecie, wiele rzeczy można przewidzieć. Choć takich wydarzeń, jak sytuacja, kiedy Frodo podkradł Hirkowi chrupki z miski, i Hirek go gonił, albo kiedy Limona miała kolejny atak melancholii (bo naprawdę tęskni za swoim domem) i Dajan próbował ją pocieszać, że Limonka „nie ma domu, ale ma chociaż swoje rude łatki, a on też nie ma domku i jest cały biały” – nie można przewidzieć… Oczywiście Limonie po takim pocieszaniu wcale melancholia nie przeszła. Ale Dajan miał naprawdę dobre intencje. Naprawdę. Bo on uważa, że paski albo łatki to wspaniały kapitał na szczęśliwe życie. Może. A może to właśnie czas urodzenia wpływa na nasze losy? Zdaje mi się, że niektórzy Ludzie tak uważają i mówią na to Zodiak. Trzeba by to zbadać. Pomyślmy hmm hmm. Urodziłam się 9 września. Czyli według ludzkich nauk jestem Panną. Albo raczej Koteczką. I to się zgadza chi chi. No i Panny są spokojne, staranne, pełne wdzięku, praktyczne i cenią porządek. I co – widzicie to? Przecież ta zodiakalna Panna to ostrożna optymistka! Cała ja!

Żożo

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Kofi zdradza, co oznacza „widzieć najlepiej”

Oj, ten Dajan to ma problemy... Pamiętacie? Jest bielutki i czuje się jakiś taki inny w swej wyjątkowości, więc chciałby być taki, jak wszyscy. Ogólnie to ja go rozumiem – bo też chciałbym być taki, jak wszyscy. I widzieć.

Nawet nie wiem, co to znaczy – bo nigdy nie widziałem. Tylko wiem, że inni czują... czy może raczej dostrzegają jakoś inaczej niż ja. Inne koty mi o tym opowiadały, Ludzie mi mówili. Mówię „Ludzie”, bo spotkałem już wielu Ludzi i dobrych, i takich nie bardzo. Wiecie, ja kiedyś miałem bardzo źle. Chyba pewni Ludzie nie lubią kotów, zwłaszcza tych niewidzących, i chcieli się mnie pozbyć, tak na zawsze. Potem byłem wyleczony i zaopiekowany, nabrałem futerka i grubszych boczków. To był dobry czas. Wtedy też weterynarz badał moje oczy i powiedział, że takie niewidzące mam od losu i już. Właściwie nie widzę… Ha! - „nie widzę”… Chi chi. Właściwie nie mam z tym problemu, bo mój Człowiek, ten, który mnie zostawił, mówił mi, że jestem świetnym kotem. Że jestem godny wszystkiego, co najfajniejsze. I że bardzo mnie lubi – i inni też będą. I ja mu wierzyłem, i wierzę, choć mnie zostawił… Bo trzeba przyznać, że zostawił w bardzo dobrym miejscu, gdzie zajęto się mną najlepiej, jak tylko mogli. Również wtedy, gdy zorientowali się, że Człowiek mnie opuścił. A przecież mogli się mnie pozbyć. Bo ilu myśli, że kot to kłopot, a niewidzący kot to wielki kłopot. Ale ci moi opiekunowie to dobrzy Ludzie. Kolejni w moim życiu. Muszę wam powiedzieć, że się nie zdziwiłem, kiedy mój Człowiek po mnie nie wrócił. On ze mną „ostatni raz” rozmawiał, po ludzku – ale po kociemu, i ja wtedy zrozumiałem, że wkrótce wszystko się zmieni… A wracając do oczu i inności, w wielu sprawach jestem taki, jak wszyscy. Jak sobie obwącham teren, to potem tak biegam „na pamięć”, że nikt by nie powiedział, że nie widzę. Albo jak dostanę jakąś szeleszczącą zabawkę, to dopiero poluję… Bo lubię rzeczy, które szeleszczą, dzwonią, trzeszczą pod łapkami. I z jednej strony chciałbym widzieć, a z drugiej – przecież nie znam innego życia. A poza tym – Dajan, słuchaj i białe uszy do góry! - jak to kiedyś ktoś mądry powiedział, dobrze widzi się tylko sercem, bo najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Kofi

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Dajan omawia problem, co to znaczy nie być jak wszyscy

Jestem cały biały – białe futerko, wibrysy, uszy, ogon. Ludzie, jak mnie widzą, mówią: „Jaki niezwykły! Jaki bielutki!”. Bo tu w ogóle nie ma białych kotów – poza moją siostrą Dajaną. Czy to oznacza, że jesteśmy jedynymi białymi kotami na świecie? To byłoby smutne.

Dajana mówi, że powinienem się cieszyć z tego, że jestem taki niezwykły i wyjątkowy - tak jak ona się cieszy i docenia. Bo to, co wyjątkowe, jest cenne i ładne. I ona rzeczywiście co dzień starannie czyści futerko (ja oczywiście też – żebyście nie myśleli, że się nie myję!), a potem z dumą się przechadza z elegancko uniesionym ogonkiem. I lubi siadać w takich miejscach, żeby padało na nią światło i żeby lśniła bielą jeszcze bardziej. Ale ja jakoś inaczej to widzę...

Denori, która jest dorosła i mądra (i jest biała… w czarne łatki), mówi, że kolor futerka ogólnie nic nie znaczy. Ważne jest, że wszyscy mamy domek tymczasowy i że wszyscy jesteśmy kotami, więc możemy rozmawiać, bawić się, a nawet pokłócić - i każdy każdego zrozumie. O, to jest najważniejsze. A nie tak jak na przykład Ludzie, którzy podobno mówią różnymi językami i mają z tego powodu wiele problemów. Albo nawet gdy mówią jednym językiem, to inaczej rozumieją różne rzeczy i znowu mają problemy. Jednym słowem Denori twierdzi, że wspólny język jest najważniejszy. No i dobre chęci. A kolor futerka… Ja to wszystko doceniam, tylko chciałbym być jak wszyscy! – i mieć łatki lub prążki, i mniej się rzucać w oczy. Wira jest milutka i pasiasta. Chciałbym być pasiasty. No albo Durian czy Limon – oni są biało-rudzi. Super koncepcja futerka. A Harry i Hirek, i Denori są w czarne łatki. A Żożo jest czarna i ma biały krawacik! Tak jak Gracjan… Ech. Nie ma co.

Pewnie, że mi przyjemnie, gdy słyszę „biały i ładny”. Ale ja chciałbym być zwyczajny. Bo może dlatego nie mam domku, gdyż Ludzie myślą, że jestem zbyt inny? I Dajana też. Bo też nie ma domku.

Kiedyś, jak byłem mały, to nawet pomyślałem, że jak się nie będę mył, to może zrobię się szary – i coś się zmieni. Ale niemyte futerko robi się szorstkie i niemiłe, a poza tym każdy musi się myć, i nic z tego eksperymentu nie wyszło…

Jak będę wieczorem długo o tym myślał, to może potem mi się przyśni, że jestem w łatki.

Dajan

Fot.: Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau