Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Wira wyznaje, dlaczego patrzy ze smutkiem na topniejący śnieg

Śnieg topnieje. To dobrze. Było tak zimno, tak zimno… Słyszeliście pewnie tę smutną historię o Burym, który przychodził do nas – do Kociego Pogotowia - pod okna i niby się rozglądał po terenie, niby trochę nas podglądał, a trochę chodził własnymi drogami. Bardzo mi się spodobał, bo był po prostu spokojnym obserwatorem, a do tego miał śliczne bure futerko jak ja. Gdy jakiś czas temu zrobiło się tak zimno, że na zewnątrz wszystko zamarzło, Bury przyszedł do nas ostatni raz. Pewnie nie liczył na nic, tylko chciał trochę spokoju w miejscu, które znał. Był bardzo chory i gdy przyszedł, to potem już tylko leżał... Nasi Ludzie zabrali go do środka i długi czas próbowali ratować. Dawali różne lekarstwa, ogrzewali i siedzieli przy nim. Jednak Bury odszedł za Tęczowy Most.

Dobrze, że śnieg topnieje. Ilu takich Burych, Pasiastych, czy Łaciatych chodzi Na Zewnątrz. Tylko… jest tylko jedno „ale”. Bałwanek. Jakieś ludziki – w sensie mali Ludzie – niedawno zrobiły na białej łące za oknem taką figurkę ze śniegu. Prostą – trzy kulki i patyki zamiast łapek, i oczy oraz pyszczek z jakichś kamyczków. Właściwie to bardzo niekocia figurka. Patrzyłam, jak ją lepią, jak się cieszą, że taka pocieszna, a potem odchodzą. A bałwanek został i przyglądał się światu spokojnymi kropkami oczu, i uśmiechał tym swoim nie-pyszczkiem. Od razu go polubiłam, bo przypominał mi Burego z jego osobnością i dyskrecją. Miły bezpieczny towarzysz, który jest z tobą, ale jakby go nie było. Bo zawsze byłam trochę nieśmiała i czuję respekt w stosunku do bardzo towarzyskich i gadatliwych kotów. A tu nagle za oknem mam tak wiernego i milczącego przyjaciela jak bałwanek. Taka z nas para odludków – Wira na parapecie i bałwanek za oknem. Jak miło.

Tylko że śnieg topnieje. Bałwanek też z każdą godziną jest coraz niższy i mniejszy. Topi się. Jest mi smutno. Był dobrym kompanem w obserwacji świata, takim podobnym do mnie.

Nie odchodź, bałwanku.

Wira

Fot.: Anna Smółkowska

Tekst: Anna Rau

Żożo stwierdza, że ludzki zodiak może to i owo powiedzieć o kotach

Dlaczego niektórzy ludzie opiekują się kotami, a inni są obojętni? I dlaczego jednym przeszkadza, że gdzieś stoi pod murkiem, czy w śmietniku miska dla bezdomnego kota, czy jakichś tam ptaków, a inni jeszcze coś tam włożą?... Ech. Nie lubię zimy i zimna, i dlatego teraz mnie nachodzą takie myśli. Urodziłam się jesienią - i to już półtora ludzkiego roku temu, więc widziałam jedną zimę. Byłam kociątkiem, ale pamiętam. Koty mówią, że kociaki urodzone na jesień Na Zewnątrz z jednej strony mają pecha – weź tu przeżyj kiedy jesteś malutki i grzany tylko przez mamę, a mama nie ma co jeść i siedzi z tobą gdzieś ukradkiem w kącie. Z drugiej strony – są potem odporniejsze, waleczniejsze i już niczemu się nie dziwią, bo skoro przeżyją zimę, to… ho ho. Ale ja, choć przeżyłam zimę jako kociak, nadal dziwię się Ludziom - tak w ogóle. Może dlatego, że właśnie jako maluch spotkałam takich, którzy lubią koty i zechcieli mi pomóc, i ten dar niedziwienia się mnie nie objął. Ale za to miałam szczęście. I właściwie powinnam być optymistką. No to żebyście nie myśleli – jestem optymistką, ale taką... ostrożną. Trzeba być ostrożnym i rozważnym, to wtedy jakoś spokojniej się żyje. Wiecie, wiele rzeczy można przewidzieć. Choć takich wydarzeń, jak sytuacja, kiedy Frodo podkradł Hirkowi chrupki z miski, i Hirek go gonił, albo kiedy Limona miała kolejny atak melancholii (bo naprawdę tęskni za swoim domem) i Dajan próbował ją pocieszać, że Limonka „nie ma domu, ale ma chociaż swoje rude łatki, a on też nie ma domku i jest cały biały” – nie można przewidzieć… Oczywiście Limonie po takim pocieszaniu wcale melancholia nie przeszła. Ale Dajan miał naprawdę dobre intencje. Naprawdę. Bo on uważa, że paski albo łatki to wspaniały kapitał na szczęśliwe życie. Może. A może to właśnie czas urodzenia wpływa na nasze losy? Zdaje mi się, że niektórzy Ludzie tak uważają i mówią na to Zodiak. Trzeba by to zbadać. Pomyślmy hmm hmm. Urodziłam się 9 września. Czyli według ludzkich nauk jestem Panną. Albo raczej Koteczką. I to się zgadza chi chi. No i Panny są spokojne, staranne, pełne wdzięku, praktyczne i cenią porządek. I co – widzicie to? Przecież ta zodiakalna Panna to ostrożna optymistka! Cała ja!

Żożo

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Kofi zdradza, co oznacza „widzieć najlepiej”

Oj, ten Dajan to ma problemy... Pamiętacie? Jest bielutki i czuje się jakiś taki inny w swej wyjątkowości, więc chciałby być taki, jak wszyscy. Ogólnie to ja go rozumiem – bo też chciałbym być taki, jak wszyscy. I widzieć.

Nawet nie wiem, co to znaczy – bo nigdy nie widziałem. Tylko wiem, że inni czują... czy może raczej dostrzegają jakoś inaczej niż ja. Inne koty mi o tym opowiadały, Ludzie mi mówili. Mówię „Ludzie”, bo spotkałem już wielu Ludzi i dobrych, i takich nie bardzo. Wiecie, ja kiedyś miałem bardzo źle. Chyba pewni Ludzie nie lubią kotów, zwłaszcza tych niewidzących, i chcieli się mnie pozbyć, tak na zawsze. Potem byłem wyleczony i zaopiekowany, nabrałem futerka i grubszych boczków. To był dobry czas. Wtedy też weterynarz badał moje oczy i powiedział, że takie niewidzące mam od losu i już. Właściwie nie widzę… Ha! - „nie widzę”… Chi chi. Właściwie nie mam z tym problemu, bo mój Człowiek, ten, który mnie zostawił, mówił mi, że jestem świetnym kotem. Że jestem godny wszystkiego, co najfajniejsze. I że bardzo mnie lubi – i inni też będą. I ja mu wierzyłem, i wierzę, choć mnie zostawił… Bo trzeba przyznać, że zostawił w bardzo dobrym miejscu, gdzie zajęto się mną najlepiej, jak tylko mogli. Również wtedy, gdy zorientowali się, że Człowiek mnie opuścił. A przecież mogli się mnie pozbyć. Bo ilu myśli, że kot to kłopot, a niewidzący kot to wielki kłopot. Ale ci moi opiekunowie to dobrzy Ludzie. Kolejni w moim życiu. Muszę wam powiedzieć, że się nie zdziwiłem, kiedy mój Człowiek po mnie nie wrócił. On ze mną „ostatni raz” rozmawiał, po ludzku – ale po kociemu, i ja wtedy zrozumiałem, że wkrótce wszystko się zmieni… A wracając do oczu i inności, w wielu sprawach jestem taki, jak wszyscy. Jak sobie obwącham teren, to potem tak biegam „na pamięć”, że nikt by nie powiedział, że nie widzę. Albo jak dostanę jakąś szeleszczącą zabawkę, to dopiero poluję… Bo lubię rzeczy, które szeleszczą, dzwonią, trzeszczą pod łapkami. I z jednej strony chciałbym widzieć, a z drugiej – przecież nie znam innego życia. A poza tym – Dajan, słuchaj i białe uszy do góry! - jak to kiedyś ktoś mądry powiedział, dobrze widzi się tylko sercem, bo najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Kofi

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Dajan omawia problem, co to znaczy nie być jak wszyscy

Jestem cały biały – białe futerko, wibrysy, uszy, ogon. Ludzie, jak mnie widzą, mówią: „Jaki niezwykły! Jaki bielutki!”. Bo tu w ogóle nie ma białych kotów – poza moją siostrą Dajaną. Czy to oznacza, że jesteśmy jedynymi białymi kotami na świecie? To byłoby smutne.

Dajana mówi, że powinienem się cieszyć z tego, że jestem taki niezwykły i wyjątkowy - tak jak ona się cieszy i docenia. Bo to, co wyjątkowe, jest cenne i ładne. I ona rzeczywiście co dzień starannie czyści futerko (ja oczywiście też – żebyście nie myśleli, że się nie myję!), a potem z dumą się przechadza z elegancko uniesionym ogonkiem. I lubi siadać w takich miejscach, żeby padało na nią światło i żeby lśniła bielą jeszcze bardziej. Ale ja jakoś inaczej to widzę...

Denori, która jest dorosła i mądra (i jest biała… w czarne łatki), mówi, że kolor futerka ogólnie nic nie znaczy. Ważne jest, że wszyscy mamy domek tymczasowy i że wszyscy jesteśmy kotami, więc możemy rozmawiać, bawić się, a nawet pokłócić - i każdy każdego zrozumie. O, to jest najważniejsze. A nie tak jak na przykład Ludzie, którzy podobno mówią różnymi językami i mają z tego powodu wiele problemów. Albo nawet gdy mówią jednym językiem, to inaczej rozumieją różne rzeczy i znowu mają problemy. Jednym słowem Denori twierdzi, że wspólny język jest najważniejszy. No i dobre chęci. A kolor futerka… Ja to wszystko doceniam, tylko chciałbym być jak wszyscy! – i mieć łatki lub prążki, i mniej się rzucać w oczy. Wira jest milutka i pasiasta. Chciałbym być pasiasty. No albo Durian czy Limon – oni są biało-rudzi. Super koncepcja futerka. A Harry i Hirek, i Denori są w czarne łatki. A Żożo jest czarna i ma biały krawacik! Tak jak Gracjan… Ech. Nie ma co.

Pewnie, że mi przyjemnie, gdy słyszę „biały i ładny”. Ale ja chciałbym być zwyczajny. Bo może dlatego nie mam domku, gdyż Ludzie myślą, że jestem zbyt inny? I Dajana też. Bo też nie ma domku.

Kiedyś, jak byłem mały, to nawet pomyślałem, że jak się nie będę mył, to może zrobię się szary – i coś się zmieni. Ale niemyte futerko robi się szorstkie i niemiłe, a poza tym każdy musi się myć, i nic z tego eksperymentu nie wyszło…

Jak będę wieczorem długo o tym myślał, to może potem mi się przyśni, że jestem w łatki.

Dajan

Fot.: Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau

Homar relacjonuje ostatnią noc oraz przedstawia stan swoich nerwów

Ale spałem! Musiałem odpocząć - padłem, normalnie padłem, tyle nerwów dziś miałem. Słyszeliście, co się działo dziś w nocy?! Pytanie retoryczne - MUSIELISCIE słyszeć. Strzelali, wszędzie głośno strzelali! Uf, uf. No dobra, wezmę głębszy oddech.

Było tak. Od kilku dni coś się działo, normalnie coś wisiało w powietrzu. Co pewien czas wieczorem strzelali za oknem. Ja się niby nie bałem, bo w domu jestem bezpieczny, ale takie coś  i tak daje do myślenia. Wiecie, dziś strzelają poza domem, jutro wchodzą i strzelają w domu... Ale co to ja chciałem... Taki jestem znerwicowany. No więc siedzimy z moimi Ludźmi - jest miło, bo oni coś tam gadają, te swoje ruchome obrazki oglądają, nawet sobie tańczą na okazję, że niby wszystko się zmienia i przychodzi nowy rok. (Co do tańców bez komentarza). A do tego jeden z Ludzi przyniósł mi w prezencie wędkę!!! Taką ze słomą na końcu i z piórkiem, i się bawił ze mną między tymi tańcami! To już nawet pomyślałem, że ten nowy rok może być całkiem w porządku. W tym roku było tak dziwnie: straciłem dom, błąkałem się i głodowałem trochę, a w końcu znowu dostałem dom - tymczasowy, ale miły. A teraz dostałem nową wędkę. Jakoś tak tych strzałów stopniowo było coraz więcej... i nagle jak nie zaczną strzelać!!! Poleciałem na piętro, żeby zobaczyć przez balkon, co to za koszmar. I się działo! Kolorowy ogień spadał z nieba, a huk był taki z każdej strony, że w życiu czegoś takiego nie słyszałem. I już wiedziałem - to jest Noc Wielkiego Polowania, to jest Wojna i to jest po prostu Koniec. Prawdziwy Nowy Rok... Więc najszybciej, jak umiałem, zbiegłem na dół, do moich Ludzi, i wpadłem pod wersalkę - i tam się schowałem. Jak umierać, to razem! Ludzie byli niewzruszeni, muszę wam powiedzieć. Ściskali się i wznosili toasty czymś nie dla kotów. Pomyślałem sobie, że ci to umieją się żegnać z życiem... I tak siedziałem - a oni do mnie zaglądali.

Stopniowo wszystko ucichło. I moi Ludzie w końcu poszli spać. Wyszedłem spod wersalki. Poszedłem do miseczki. Wróciłem i położyłem się przy Człowieku. Rety. Co to była za noc. Co to będzie za nowy rok. Ale wędka w tym wszystkim była w porządku.

Homar

Fot. i tekst: Anna Rau

Izula i Ikar wspominają wigilijną północ

- Wreszcie cię dorwałam! I co, i co im powiedziałeś?

-Kiedy?

- Rety, no w święta! W wigilię! Powiedziałeś mi: „Idź spać, ja im wszystko opowiem i w ogóle z nimi porozmawiam”. To poszłam. Wczoraj nie było jak rozmawiać, ale dziś to już musisz mi opowiedzieć!

- Nooo… właściwie… to nie ma co opowiadać…

- No jak nie ma?! Miałeś im opowiedzieć o naszych rodzicach, żeby o nas więcej wiedzieli, bo ciągle zastanawiają się, jaka była nasza historia. I miałeś im powiedzieć, że wolimy chrupki wołowe od kurczakowych. I że co dzień się budzę w nocy, i wtedy muszę pobiegać, więc żeby już przestali mi wypominać. I miałeś…

- Oj, już przestań wyliczać na pazurkach!

- Inaczej zapomnę! I jeszcze miałeś powiedzieć, że piłeczka jest za szafą i nie możemy jej wyciągnąć. I że ta bombka to sama się stłukła, bo źle wisiała, a nie my coś tam niby. Co ty jeszcze miałeś… hmm…

- O TO spytać.

- O to to! Skąd się biorą kociaki – miałeś. I czy by się ucieszyli, gdyby im wsadzić mysz do łóżka, bo też chciałabym im dać jakiś prezent. A! No i miałeś pięknie wyrazić nasze podziękowanie, że nas trzymają, karmią, bawią się i wszystkie takie. Miałeś wiersz wymyślić. A! I najważniejsze! Miałeś poprosić, żeby już nigdy więcej nie prowadzili nas do tego strasznego weterynarza.

- Ale ja nie zdążyłem tego wszystkiego powiedzieć…

- Co, pewnie ci przerywali albo zemdleli?

- Nie, ani razu mi nie przerwali… Tylko wiesz, ja zasnąłem. Nawet nie wiem, czy mówiłem po ludzku, czy nie mówiłem…

- Zasnąłeś?!!! Ty kociaku! A taka była okazja! Trzeba było choć na sekundę się obudzić i o tym weterynarzu chociaż powiedzieć! Teraz znów trzeba rok czekać…

Izula i Ikar

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Junior nie może doczekać się pojutrza…

Czekam zawinięty w to puchate. Jeszcze tylko jutro. No, chyba pamiętacie? Nie, nie chodzi mi o drzewo i bombki (choć swoją drogą całkiem przyjemne), ani zapachy z kuchni, ale o tę jedną niezwykłą okazję... Pojutrze w nocy wszystkie zwierzęta mają mówić po ludzku! Czyli ja też!!! Normalnie jestem taki podekscytowany…Tylko nie wiem, czy to jest tak do końca dobrze wymyślone i czy okaże się jednoznacznie fajne. Wiecie, że niby nadejdzie ten moment i ja oraz Ludzie zaczniemy prawić sobie komplementy, i takie. I że ja wtedy powiem: „Dziękuję za niezmiennie pełną miseczkę!”, a Ludzie mi odpowiedzą: „Nasz koteczku, dziękujemy ci, że co dzień nam mruczysz o poranku”. I że padniemy sobie w objęcia. Rozmowa może przybrać nieoczekiwany obrót. Na przykład kiedyś słyszałem, jak Ludzie odgrażali się, że w wigilię poważnie ze mną omówią sprawę otwierania szafek w nocy i budzenia przed budzikiem. O co chodzi, o co chodzi?! Zamknięta szafka może kryć potencjalne zagrożenie. To otwieram. Po co zamykają. A jak w pewne dni nie budzę po budziku, to też jest niedobrze. A zresztą wczoraj wcale nie budziłem, tylko mi się łapka omsknęła na szafie. I tak tego. Ale, ale. Przecież ja też mogę spytać o różne rzeczy! Dlaczego Ludzie urządzają Święta tylko dla Ludzi? Dlaczego wszystko, co miłe i przyjemne, dotyczy tylko Ludzi? No i dlaczego różni Ludzie bywają tak niedobrzy dla zwierząt?... Co prawda moi Ludzie prawdopodobnie nie będą umieli odpowiedzieć na te pytania i tak po prawdzie nawet na nie nie zasłużyli, ale kogo mam spytać… Po drugie odpowiedź na trzecie pytanie poniekąd znam. Podobno Ludzi potrafią być niedobrzy i dla innych Ludzi – czyli tych, których rozumieją, to co dopiero dla zwierzaków, których nie rozumieją… Ech. No, nic to.

Uf. To już pojutrze. Uf. Wiecie, nie mogę przestać o tym myśleć. A tak w ogóle, skoro ja w Wigilię może będę mówić po ludzku… Czy to znaczy, że w tę noc wszystko będzie na odwrót? I że Ludzie będą mruczeć po kociemu?...

Junior w puchatym

Fot.: Monika Bueniek

Tekst: Anna Rau

Falbanka jako niedoceniona innowatorka domowych porządków

Tyle jest pytań naprawdę życiowych, które Ludzie pozostawiają bez odpowiedzi. Teraz jest takie zamieszanie. No więc tym bardziej, dlaczego nie wolno mieć trochę przyjemności –trochę przyjemności ukoiłoby atmosferę – i leżeć na świeżo upranych zasłonach? Albo taki czysty obrus. Kojarzycie. Przed chwilą uprasowany. Nie wolno siedzieć. Czyste firanki… Niespodzianka! – co nie wolno? Nie wolno siedzieć. Nic nie wolno grzecznej kici. „Masz swoje zabawki” – mówią. Albo „Masz swój kocyk i posłanko” – mówią. No pewnie, że mam, ale takie czyste firanki i obrus to wyjątkowy prezent od losu. Po pierwsze nie ma na nich ani jednego włoska (a to, co jest futerkowe, jest podwójnie przyjemne) i dlatego trzeba to zaniedbanie nadrobić. Jak widzicie, jest w tym jakieś moje poczucie obowiązku. No i to przyjemne tak siedzieć i pozwalać, żeby to, co uprane, było bardziej kocie przez to, że kot na tym siedzi. A w ogóle to po co Ludzie wszystko piorą, skoro potem na tym nie siedzą? Tylko na przykład to uprane sobie powiewa i całą tę czystość marnuje. Mnóstwo takich wyjątkowych okazji u Ludzi przemija niewykorzystanych. No dobra – z czystego obrusa jedzą. (Gdyby jeszcze pozwolili mi na nim wtedy poleżeć… No ale dobra). Muszę też przyznać, że czysta pościel tylko trochę się marnuje, bo w końcu w niej śpią, a i ja czasem mogę wskoczyć i spać obok. Trochę mnie niepokoi, że może gdzieś powstała jakaś zasada w stylu: „Kiedy Ludzie coś upiorą, nie wolno tego dawać kotu”, i wszyscy Ludzie to stosują. To by było niefajne. Takie niezgodne z wszystkimi zasadami partnerstwa Ludzi i kotów. A do tego oni teraz wszystko po kolei piorą… Bez pośpiechu wszystko myją, wycierają i piorą.

Usiadłam na drapaczku, ale jak go upiorą, to koniec.

Falbanka

Fot.: Aneta Ustaszewska

Tekst: Anna Rau

Hirek rozwija niespieszną opowieść o swojej pasji

Patrzcie, włóczka mi się zepsuła! Oczywiście również teraz można ją przyjemnie użytkować, ale kiedy była kłębkiem, jakby bardziej zachęcała do zabawy. Ludzie to są mądrzy – kiedy im się wełna rozwinie, to potrafią ją zwinąć w kłębek. Ja też próbowałem: przednimi łapkami, tylnymi łapkami, pyszczkiem, pyszczkiem i łapkami, ale odkłębkowana wełna robiła się coraz mniej kłębkowa, jednym słowem rozwijała się. Koniec. Dopiero, gdy przyjdzie Człowiek, może zrobi mi znowu kłębek z wełny. Do tego czasu będę leżał, podgryzał włóczkę i rozmyślał.

Może słońce na niebie jest kłębkiem włóczki? W końcu grzeje jak wełna. Tylko że wełna nie świeci… Ale ta teoria jest jeszcze do udowodnienia. Może gdzieś na świecie jest kraj, w którym wszystko jest zrobione z kłębków, które można turlać, gonić, rozwijać, a one nigdy nie rozwijają się do końca. A te, które się za bardzo rozwinęły, rano znajduje się zwinięte. I w tym kraju chodzą też takie przyjemnie krągłe zwierzaki z włóczki… A swoją drogą wiecie, z czego jest wełna? Ja, kiedy się dowiedziałem, byłem porządnie poruszony. Tak więc włóczka jest z białych kudłatych zwierząt, które nazywają się owce! Słyszeliście o czymś takim?! Na każdej takie owcy rośnie grube futro i kiedy za bardzo urośnie, ludzie je strzygą i z tego futra robią wełnę. Trochę mi szkoda tych owiec, bo ja czułbym się bardzo nieswojo, gdyby mi ktoś ostrzygł futro. Ale może te owce w końcu zmieniłyby się w kłębki włóczki, gdyby ich nie ostrzyc? Ciekawe… Wyjdzie na to, że mnóstwo rzeczy jest z natury kłębkami wełny. Na przykład dni. Dni to są naprawdę kłębki wełny! Zauważyliście, że niektóre pędzą jak kłębek puszczony z fotela? Po prostu mają taką prędkość zdarzeń, że ledwie się mrugnie, a już jest po śniadaniu, a potem niespodziewanie już staje się wieczór z – na szczęście – kolacją. Oczywiście są i takie, które rozwijają się bardzo powoli – z takiej jakiejś kosmatej, czepliwej wełny. Źle się gryzie taką wełnę. A może czas jest wielkim kłębkiem wełny? W końcu rozwija się, rozwija, ubywa… A czy ktoś w ogóle może zwinąć rozwinięty kłębek czasu? Tylko może czasem nie wszystko warto zwijać…

Chyba już macie dosyć tematu wełny i kłębka. A z drugiej strony zobaczcie – czy znacie wiele kotów, które potrafią w nieskończoność rozprawiać o wełnie? Na pewno nie. A ja mogę. Włóczka to moja pasja.

Hirek z włóczką

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Jogi wspomina najdziwniejszą noc w swoim życiu

Na początku było światło. Mocne białe światło, które oślepiło nas, kiedy podnieśliśmy łebki, słysząc hałas. Światło wyglądało jak księżyc – okrągłe i blade, tylko sto razy silniejsze. I wtedy zrozumieliśmy, że wysoko, wysoko nad nami Coś do nas zagląda… To było straszne! Lecz byliśmy sami. Judi, Jazz i ja, Jogi. Siedzieliśmy w trójkę w wielkim, pustym, czarnym pudle, jednym z tych, w którym Ludzie trzymają to, czego nie potrzebują, więc co mogliśmy zrobić? Pudło było tak wielkie, że zmieściłoby się w nim mnóstwo kociaków. I było tak wysokie, że nie mogliśmy z niego wyskoczyć, choć się staraliśmy. I było zupełnie puste, to znaczy tylko z nami. Dziwne miejsce. Osłonięte, ale chłodne. Od czasu do czasu słyszeliśmy jakieś hałasy, hurgoty, trzaski i łomoty, a czasem przesuwała się górą smuga światła. A my siedzieliśmy. I po jednym takim hurgocie spadło do nas z góry małe pudełeczko po czymś smacznym. To ja zacząłem je wąchać i przewracać, bo już byliśmy solidnie głodni. I chyba źle zrobiłem, bo to Coś nas usłyszało i oświetliło tym światłem... I wkrótce zobaczyliśmy… że to był Człowiek! Ogroooomny. Najpierw zniknął, a my odetchnęliśmy z ulgą, lecz po dłuższej chwili wrócił z dwoma innymi i wszedł do nas, do pudła. Wtedy zaczęliśmy skakać – najwyżej, jak się dało! Lecz to nic nie pomogło. Złapał nas po kolei, choć my miauczeliśmy i próbowaliśmy syczeć, i drapać, bo nawet nie chcieliśmy sobie wyobrażać, co może z nami zrobić taki wielki Człowiek… Wiadomo co – coś strasznego. Coś jeszcze gorszego niż marznięcie w tym pustym pudle. Lecz i to nic nie pomogło. I wtedy wszystko się zaczęło.

A teraz wszystko jest… inne. Nie do opisania. Są kocyki, zabawki, miseczki. Nawet Ludzie są inni niż myśleliśmy. Głaszczą nas i karmią. I wyleczyli nasze oczka, które były trochę popsute. Rozumiecie coś z tego?

To tak sobie myślę, że może wtedy to nie był Człowiek, tylko Koci Mikołaj?

Jogi

Fot.: Weronika Kruszewska

Tekst: Anna Rau