Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Orient udowadnia, że życie jest podróżą

Cieszę się, że moi Ludzie akceptują mnie takim, jaki jestem. Co prawda lubią głaskać moje biało-rude futerko, a ja to trochę lubię, a trochę nie lubię. Ale nie dlatego, że głaskanie jest nieprzyjemne, tylko dotyk w złych miejscach przypomina mi ból. Ból z przeszłości. Futerko na miejscach, które bolały, krwawiły, odrosło. A jednak… Czy to nie ciekawe? Znacie zjawiska, których nie widać, a są? No tak, wiem, wiem – ciepło, zimno, wilgoć… I ból. Nie widać, a jest. Jest w tych miejscach, którymi nie chcę się dzielić.

Teraz tak ciepło, ptaszki śpiewają za oknem, a ja mam pełną miseczkę, i Ludzie, z którymi mieszkam, znaleźli ze mną wspólny język, i tyle mi dali. A ja mówię o tak smutnych sprawach. Ale one też są ważne, normalne. Po prostu są mną. No i wiosną jestem trochę melancholijny. Gdy tak patrzę na świeże liście za oknem, słucham czystego świergotu ptaków, brzęczenia owadów, które zawsze chce się chwycić w łapki, przypomina mi się czas, kiedy chodziłem Na Zewnątrz. Nie byłem ni szczęśliwy, ni nieszczęśliwy – po prostu byłem w podróży. Tym jest życie Na Zewnątrz. Samym byciem, głodem, zimnem, ciepłem, mruczeniem, biegiem, strachem, bezpieczeństwem… Podróżą. Nie cierpiałem z powodu samotności. Koty Na Zewnątrz żyją same. Zakładają rodziny, mają kociątka, tolerują swoje przecinające się ścieżki - i żyją same, i wolne. Popatrzcie na koty wokół – na koty Na Zewnątrz – są same i wolne. Ja też taki byłem. Znałem Ludzi i nie znałem jednocześnie. Oczywiście ceniłem tych, którzy zostawiali mi jedzenie na swoim terenie, choć wiedziałem, że nigdy ich nie zrozumiem - ani nie będę wiedzieć, czy jedzenie tam będzie zawsze, czy nawet przez jakiś czas... Wiedziałem, że to ludzki teren, bo czułem nosem ich staranie o to miejsce. To oni rządzili - decydowali nawet, jakie rośliny tam wyrosną. Nie rozumiałem jednak, czemu wystawiali pojemnik z jedzeniem akurat dla mnie – obcej istoty na czterech łapach. Ale zrozumiałem, gdy zobaczyłem, że zimą wieszają na gałęziach krzewu pokarm dla ptaków. Po prostu chcieli podzielić się, to co mają, z innymi. Dlatego też, kiedy zostałem pogryziony i poturbowany przez pewnego zabijakę z innego rewiru, kiedy pogoniono mnie i przegnano z mojego terenu, kiedy moja tylna łapka okulała i nie mogłem na niej stanąć, pomyślałem, że mogę na nich jakoś liczyć. Byli jedynymi istotami, na które mogłem liczyć. Teraz, kiedy wszystko tak intensywnie kwitnie zapachami i kolorami, których nie mogę z wami dzielić, bo Ludzie i koty widzą i czują inaczej, przypomina mi się ta moja podróż – mała orientalna podróż kota Orienta przez świat ziół, srok, żuków, myszy, samochodów, drzew, piwnic i działek aż do świata Ludzi. To była dobra podróż, z dobrym długim przystankiem w obecnym domu tymczasowym. Jeśli ktoś mnie zechce – z całą moją historią - to będzie naprawdę świetna podróżnicza historia z dobrym zakończeniem.

Orient

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Feniks relacjonuje przebieg swojego autorskiego projektu

Gdybym był ważnym Człowiekiem i miał zapisać „ku pamięci” notkę w terminarzu, pod dzisiejszą datą napisałbym: „Pojechaliśmy na majówkę”. To znaczy tylko tak bym symbolicznie zanotował, no bo wiadomo, że my nigdzie nie jeździmy. To znaczy jeździmy… - do weterynarza na przykład. Czyli nie wiem, kto w ogóle lubi jeździć. Prócz Ludzi oczywiście. No ale majówka była i wszyscy byli zadowoleni, więc taki skrót dnia w terminarzu trochę można nagiąć, nie?

A było tak. Rano powiedziałem do towarzystwa w Kocim Pogotowiu: „Koty!!! I kotki! (To po chwili – bo sobie przypomniałem, że jest kociouprawnienie). Ludzie zaczęli świętować taki miesiąc, w którym się jeździ na wycieczki, siedzi na powietrzu, tam też się je różne dobre rzeczy i ogólnie w ten sposób cieszy się wiosną. Ten miesiąc nazywa się maj, a takie wycieczki – majówki. No, a ponieważ my bardzo cieszymy się wiosną, bo jest ciepełko, i na dziś chyba nic nie zaplanowaliśmy, więc jedźmy na majówkę!”. I wszyscy zamiauczeli, że się zgadzają i jadą ze mną.

Natychmiast zorganizowaliśmy kocyki i wielkim pochodem ruszyliśmy na werandę. A jest to wystarczająco daleko, żeby taką wyprawę nazwać wycieczką. I gdyby ktoś pytał, co to znaczy „wielki pochód”, to z godnością mogę powiedzieć, że jest nas tu całkiem sporo: Wira, Żożo, Gracjan, Filia, Oliwka, Limonka, Ollim i ja, Feniks. Świetny przewodnik i organizator wycieczek. I animator kulturalny. Bo pomyślałem też o zabraniu ulubionych zabawek, gdyby ktoś się zaczął nudzić leżeniem i rozmową. Tak więc nawet Gracjan, który był prezesem w Kociej Kawiarni, i ma doświadczenie w różnych imprezach zbiorowych, kiwał głową z zadowoleniem. Bo to przecież super projekt! – i premiera majówki od początku czasu Kociego Pogotowia. Prapremiera! Do tego bardzo udana, bo kiedy już dotarliśmy na miejsce majówki, czyli werandę, byliśmy tak zmęczeni, że najpierw spaliśmy na słoneczku, aby zregenerować siły, a potem po prostu spaliśmy, żeby uczcić wiosnę i maj! I wstaliśmy tylko na karmienie.

Feniks animuje zabawę majówkową

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Neska rozmyśla na podziałem materialnym świata

Gdybym była bardzo, bardzo bogata- tak jak Ludzie, zrobiłabym mnóstwo dobrego… Na rzecz kotów, oczywiście, bo Ludzie w ludzkim świecie zawsze sobie jakoś poradzą…

Na wszelki wypadek, gdybyście się zaczęli zastanawiać, dlaczego uważam, że Ludzie są bogaci – wyjaśnię. Po prostu nie jestem do końca pewna, co dla Ludzi oznacza bogactwo, ale dla kotów jest to bardzo proste. Po pierwsze jedzenie. Jedzenie zawsze, gdy jesteś głodna – to wielki dar od losu. Każdy, kto tak ma, może dziękować i w pas się kłaniać. Bo na Zewnątrz koty muszą polować, grzebać po śmietnikach, zaglądać w każdy kąt - i czasem coś się znajdzie. Ewentualnie mają szczęście i ktoś zostawia jedzenie codziennie w określonym miejscu. Takie koty to farciarze. A Ludzie? Rety, mają nieograniczoną ilość smaczności według chęci! Po drugie – nie wiem, czy wszyscy Ludzie maja gdzie mieszkać, ale myślę, że większość raczej tak. I ogólnie fajnie jest chodzić, zwiedzać, wietrzyć się, ale najważniejsze jest mieć dokąd wrócić. Żeby było ciepło i bezpiecznie, i ktoś czekał. Ludzie to mają. Zapewnili sobie domy, duże, pełne przedmiotów, które lubią, łóżek, dywanów, miękkich tkanin. Gdzie nikt nie może wejść i im przeszkodzić. Świetna sprawa. Do tego mogą tam przyprowadzić wszystkich, których lubią, lub pomóc tym, którzy domu nie mają. Którzy są obcy w ludzkim świecie. No i Ludzie mogą się wszędzie porozumieć i wszystko uzyskać. W końcu to ich świat, pełen Ludzi tacy jak oni, z którymi można się w języku ludzkim dogadać. Wspólny język to jest podstawa wygodnego życia. A teraz wyobraźcie sobie, ze miauczysz do utraty tchu, a nikt cię nie rozumie… Każdy kot tak ma.

Bardzo doceniam, że mam domek tymczasowy. Co dzień miseczka, poduszka,zabawki, głaskanie. Jestem bogata! Ale chciałabym być jeszcze bardziej. Pomogłabym innym kotom. Stawiałabym domki. Pomagała osieroconym kociakom. Stawiała miseczki w różnych miejscach, żeby jakiś pozbawiony nadziei kot nagle znalazł gotowy posiłek... Nie wierzyłby własnym ślipkom! Założyłabym wielki dom dla kotów! Takich wyrzuconych, starych i niechcianych, żeby każdy miał komfort i własne miejsce. I byłby tam ogród, wielki, z wielkim murem, żeby nikt nie mógł tam wejść i popsuć wszystkiego…. Nie wiem, czy to optymistyczna wizja, ale tak chciałabym. Łatwo jest być dobrym, kiedy jest się kocio-bogatym… Mnie to raczej nie spotka. Jestem tylko kotem tymczasowym w tymczasowym domku. Ale głęboko wierzę, że w innych światach, snach, czy rzeczywistościach, jeśli kiedyś będę mogła coś zrobić – zrobię to. Pomogę innym z całego swego serca. Bo ktoś pomógł mnie.

Neska pogrążona w myślach

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Durian planuje jak nikt

Kto świętował z Fifi jej urodziny? Ja na pewno.To znaczy my wszyscy – tu, w Kocim Pogotowiu. Bo każda okazja jest dobra do zabawy i zajadania, no nie? Zdrowie Fifi! Ha. Ale czy pamiętacie, że za cztery dni ja też obchodzę urodziny? Skończę rok. To znaczy, tak symbolicznie. Bo przecież jak byłem kociakiem Na Zewnątrz, to nikt nie zapisał, kiedy się urodziłem. Ale to nieważne. Ogólnie czas leci, futerko rośnie, doświadczenie się krzepi – jak to powiada niedawno przybyły Gracjan. Już planuję ten dzień. Wiecie – im bardziej się do czegoś przygotujemy, tym dłużej będziemy czuć się świątecznie. To ja zaczynam już teraz i planuję. Po pierwsze, będzie cudownie. Wszystkie koty tego dnia przepuszczą mnie do miski, no i będę miał najlepsze miejsce do wygrzewania się na tarasie. (Wiadomo, TEGO dnia oczywiście będzie świecić słońce). A potem, jak już wyspany i wyczesany (zapomniałem o sesji czesania) będę gotowy na przyjmowanie gości, zaczną się prezenty. Dostanę wielki tort rybny. Piętnaście poduszek w poszewkach z polaru, takich miękkich dla łapek. Tylko dla mnie. Wielki tunel do zwiedzania. Mechaniczny zamek z mobilnymi myszkami w oknach i na blankach, i w zwodzonej bramie. I ptaszki w wielkiej klatce, żeby ćwierkały i latały, i chciały się bawić. Czy coś. I akwarium z ogromnymi rybami, żebym mógł mieć swój telewizor. I ludzki sprzęt grający, który odtwarza ptasie trele. I pięćdziesiąt piłeczek! I zapas ulubionego mięska w takim podawaku, działającym na naciśnięcie łapki. I fontannę – bo pluskająca woda, taka jak w kranie, to jakiś cud. I automatyczny wachlarz, do wytwarzania przyjemnego powiewu, kiedy jest upał. I bukiet stworzony z kocich kiełbasek. I… I… No niestety, więcej nie jestem w stanie wymyślić, ale zapewniam was, że to nie koniec prezentów. Ale zawsze musi pozostać jakaś niespodzianka, no nie?

Tak. Tak będzie.

Trochę mi smutno. Nie dlatego, że to wszystko wymyśliłem i że oczywiście moje urodziny będą miłe, ale fontanny na pewno nie będzie. Nie o to chodzi. Nie chcę fontanny, ani mechanicznych myszek, ani sztucznych ptaszków, ani nawet góry mięska. Chciałbym, żeby ktoś mnie głaskał we własnym domku.

Durian-planista

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Nikola zakłada jednoosobową działalność gospodarczą

Trzy łapki na schwał i łebek, który rozwiązuje najtrudniejsze łamigłówki! Kto to może być…. To ja!!! Nikola o trzech łapkach! Sporo myślałam, co mogłabym robić w życiu, bo nie lubię zbyt długo pozostawać w bezruchu i do tego życie jest za krótkie, żeby chrapać na poduszkach. I dlatego tak mnie ciągnie jakaś specjalna aktywność. Tylko że w naszym gronie jest tyle ślicznych, uzdolnionych kotów... O oryginalnych futerkach, z wdziękiem osobistym i z łebkami pełnymi pomysłów. Dlatego długo nie pisałam. Bo ja… No cóż, uroda to sprawa gustu, ale mam tylko trzy łapki i niektórzy mogą do tej kwestii podchodzić z zakłopotaniem. Ale to naprawdę nie jest problem – przynajmniej dla mnie. Bo duch to potęga! Nigdy się nudzę. Zawsze znajdę jakąś zabawę, no i nieźle umiem rozruszać towarzystwo. A do tego ostatnio jest tak ciepło i kot może leżeć, i rozmyślać o przyjemnych sprawach. Wręcz medytować… I właśnie w takich momentach przychodzą do głowy najwspanialsze pomysły! Zakładam Kocią Agencję Detektywistyczną!!!

Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy taka organizacja w ogóle jest potrzebna – proszę, oto fakty. Ile razy coś wam zginęło z lodówki? Zawieruszył się nagle ważny rachunek? Zaginął bilet na pociąg za dwie godziny? Jakieś sprytne łapki odczepiły breloczek i gdzieś go schowały? Jestem bystra i świetnie kojarzę fakty. Zniknęła szynka z talerzyka w kuchni? - ha, sroka zaglądała przez okno. Ktoś wypił wodę z kubka Człowieka? Widziałam przemykającego w kącie pająka. (Dla wątpiących – użył słomki). Coś w nocy stukało w drugim pokoju… Jeszcze nie wiem, co to było, ale już mam pewne poszlaki i nie mogę ich zdradzić dla dobra śledztwa. Jak sami widzicie, nie tylko prędko kojarzę, ale mam też odpowiedni aparat pojęciowy – jak to mówią mądrzejsi tego świata. Jednym słowem masz problem – Nikola pomoże.

Aby wszystko było jasne, muszę wam coś powiedzieć. Frida twierdzi, że wszystkie wyżej wspomniane przypadki to robota Demonka. Ale ja się z tym nie zgadzam. To by było zbyt proste!

Nikola obserwuje sprawców

Fot.: Anna Żokowska

Tekst: Anna Rau

Limonka przygląda się temu, co jest pomiędzy przeszłością i przyszłością

Moja druga wiosna. Kto by pomyślał, że wszystko tak się zmieni… To znaczy, ja na pewno tego nie przypuszczałam. Wszystko było takie dobre. Proste. Bezpieczne. I znowu tak jest. Trochę mi dobrze, trochę mi smutno. Jestem w takim czasie „pomiędzy”, tak jak wszystko wokół, co teraz widzę. Między zimą a wiosną.

Moja historia jest krótka. Miałam dom i swoich Ludzi. Pozwalali mi wychodzić. A ja chętnie wychodziłam, bo Na Zewnątrz jest ciekawie. Inspirująco. Śmiesznie. W domu zaś – ciepło, bezpiecznie i miło. Dwa światy. I ja – pomiędzy. W domu dostawałam miseczkę i ciepłe kolana, i własne posłanko na noc, a Na Zewnątrz, w ogrodzie między roślinami śledziłam żuki, skakałam na chrząszcze i tropiłam ptaki. Wędrowałam po zapachach, czasem daleko, daleko, kilka godzin od domu, bo zawsze wydawało mi się, że wiem, jak wrócić. I zawsze wiedziałam. Oprócz jednego razu. Kiedy padało. Kiedy coś mnie przestraszyło. Kiedy w końcu byłam głodna i zasnęłam. I znajoma ścieżka zapachu, znane punkty odniesienia w terenie, wszystko, co pomagało mi wrócić do domu – zniknęło. Zostałam sama w jednym ze światów. A drugi zniknął na zawsze. I wtedy ten pierwszy pokazał mi też swoją inną stronę. Że bywa zimny, że miewa za mało jedzenia i że z Ludźmi, którzy mnie głaskali, z posłankiem i codziennymi tak uspokajająco znanymi czynnościami nie ma nic wspólnego. Ale miałam szczęście i pojawił się nowy Człowiek, który zwrócił na mnie uwagę, bo mam jaskrawe, ładne futerko i nie uciekałam za bardzo. Bardzo dziękuję losowi za moje futerko, gdyż pomogło mi odzyskać miseczkę, posłanko i nawet ręce, które chcą mnie głaskać. I głosy, które zapewniają, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Wszystko się ułoży. Może. Tęsknię do tamtych rąk. Rąk moich Ludzi. Czy mnie jeszcze pamiętają? Ja ich nigdy nie zapomnę. A czy będę mieć nowy dom? Może. Może na „m”, jak melancholia. Stan pomiędzy domem a domem.

Limonka

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Żelek opisuje, jak poważnie podchodzi do obserwacji nietypowych ludzkich zachowań

Dzięki Dimie ja również się wziąłem na poważnie za obserwowanie ludzkich obyczajów. Zrozumieć ich nie można, ale wiecie - może choć uda się znaleźć jakąś regularność, jakieś niepisane zasady… No cokolwiek. Jednym słowem, chcę zrozumieć, o co w tych wszystkich ludzkich czynnościach chodzi. A poruszyło mnie zjawisko, że od czterech dni wszystko jest godzinę wcześniej! To znaczy mówię tak po ludzku, żebyście wiedzieli, o co chodzi – bo dla mnie ogólnie po prostu wszystko jest wcześniej. Ludzie to mierzą po swojemu, a do tego wcale nie są z tego zadowoleni. Nie byli zadowoleni, kiedy się wszystko zaczęło godzinę wcześniej, i teraz wcale im nie przeszło. I ja się pytam, dlaczego w takim razie wszystko jest godzinę wcześniej, skoro oni nie są zadowoleni?! Bo to przypomina sytuację, kiedy ja nie jestem zadowolony z kiełbaski – takiej, wiecie, co się je z ręki, najlepiej połamaną na kawałki. Jak kiełbaska czasem wydaje się… to znaczy na sto procent i zdradziecko JEST niekocia, to jej nie jem. Choć Człowiek namawia i tłumaczy, że to ta sama kiełbaska, którą co dzień jadłem. No, ja wiem i czuję, że niby ta sama, ale w tym dniu jest niekocia i nie jem. (Oczywiście zastrzegam sobie że czasem trakcie dnia mogę zmienić zdanie i ją jednak zjeść, ale to inny temat). No więc jak czegoś nie chcę, to nie robię. A Ludzie nie chcą i robią. Czyli bycie człowiekiem jednak jest skomplikowane, bo nawet jak nie chce, to jednak wstaje, je, wychodzi, śpi, i wszystko – wcześniej. Ba! Cały świat się do tego przyłączył! I na przykład te wielkie samochody za oknem, które co dzień przyjeżdżają i stają na dole, żeby z nich Ludzie coś tam sobie rozładowali, też przyjeżdżają wcześniej. No niebywałe! I w pierwszym dniu to ja się nawet bardzo ucieszyłem, bo śniadanie było godzinę wcześniej, i to było świetne, bo się nie spodziewałem takiej niespodzianki, ale (i tu was zaskoczę) jednocześnie też wzmogłem czujność! Bo już wiem, że kiedy coś jest wcześniej, to najczęściej oznacza, że Ludzie gdzieś sobie idą i długo nie wracają. Ale tym razem wszystko było jak zwykle, tylko wcześniej. Miseczka i zabawki, Ludzie… To się ostatecznie nie przejąłem. Ale kiedy stopniowo zrozumiałem, że teraz przez dłuższy czas wszystko będzie wcześniej, a Ludzie są z tego powodu niezadowoleni, to postanowiłem zbadać problem i przeciwdziałać! Ewentualnie jakoś dać do zrozumienia Ludziom, żeby przestali się udzielać w tym wcześniejszym czasie i zaczęli wszystko robić wtedy, kiedy zwykle, a w efekcie znów byli zadowoleni. Mniejsza o moje śniadanie. Bo ja chciałbym żeby moi Ludzie byli zadowoleni nawet kosztem mojego sporego poświęcenia. Na przykład śniadania. Tego wcześniejszego oczywiście.

Żelek analizuje

Fot. Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Homar opowiada o małych zmianach i wielkiej Zmianie

Zmiany, zmiany… Powoli zaczynam mieć pewność, że świat jest bardziej dla filozofów niż dla Homarów. Bo wiecie – minęły cztery dni, a ja ciągle o tym myślę. O zmianach. A raczej o Zmianie…

Znacie mnie – Homar, kot na schwał, lubi się bawić, rządzić, wszędzie wpycha wąsy i wiecznie szuka drzwi. I teraz mieszkam w domu, gdzie jest mnóstwo kotów, pokojów i Ludzi! No może trochę przesadziłem z tym „,mnóstwo”, zwłaszcza w kwestii Ludzi, bo co do kotów... No, sami powiedzcie. Poznałem Mrauzesa, Groszkę, Tequilka, Kofika, Mysię… I jeszcze jest Zeus z koleżanką, która mi się nigdy nie przedstawiła, no i Kleo, sprytnie schowana w pewnym pokoju (ale wiem, że jest!), no i wcześniej był przez chwilę Kokos. Sporo, nie? I do tego, i przede wszystkim, był Bobinek. I właśnie, Bobinek... Bo wiecie, ogólnie to ja miałem i mam jakieś małe problemy - tylu nowych znajomych, no i trzeba wszystko poznać, i jakoś sobie znaleźć swoje miejsce, i fajnie by było zostać ulubieńcem Ludzi, i ciekawe, co się dzieje w tym domu, w którym wcześniej mieszkałem, i… Jednym słowem było trochę miauczenia, prychania, niejedzenia, a potem, no… Starałem się. Ciągle się staram, naprawdę. Zmiany są trudne, a wszyscy tacy zadomowieni. No i w tym wszystkim chodził sobie między nami Bobinek, taki chudy i nie do końca pewny na tych swoich drżących łapkach, a najczęściej leżał gdzieś i patrzył albo spał. Bo Bobinek był bardzo, bardzo chory. Często towarzyszył mu Mrauzes, czyli jego najlepszym kolega, który mieszkał z nim od kociaka. I teraz jest spory i łaciaty - a Bobinek, kiedyś gładki i lśniący, teraz chudy i taki biedny. Na niego nigdy się nie czaiłem – bo z innymi to tego… no, chciałem się bawić, albo trochę coś tam. No, starałem się. Naprawdę.

W tym dniu, kiedy nadchodziła Zmiana, wszyscyśmy to czuli. Patrzyliśmy z boku na Bobinka, tak jakoś z szacunkiem, i nie miauczeliśmy jak zwykle o śniadanie, bo i jeść się nie chciało. A Ludzie, co tak długo leczyli Bobinka i łagodzili wszystko, kiedy go bolało, to teraz też próbowali mu pomóc. Ale już dłużej nie dało się pomagać. I tylko Mrauzes podszedł do Bobinka i go lekko dotknął nosem, żeby mu dodać otuchy. A na końcu, kiedy już Zmiana zaczęła się zbliżać na swoich wielkich włochatych łapach, wszyscyśmy się pochowali, bo Bobinek miał prawo być ze Zmianą sam. A Człowiek z nim został. Żeby był sam, ale nie samotny.

I koniec.

Teraz pójdę spać – i na krótko wszystko się zmieni. Bo sen to też zmiana.

Żegnaj, Bobinku.

Homar

Fot. i tekst: Anna Rau

Fifi zaczyna poranek od poważnych przemyśleń nad więziami między istotami

Latają, latają… Takie kuszące, pierzaste. Ale właściwie sympatyczne. Czasem przysiadają na parapecie, kiedy mnie nie widzą. Spore brzuszki, okrągłe łebki z dziobem, krótkie nóżki i skrzydła. Gołębie, sikorki, wróble, kawki, sroki i inne, te wszystkie, które trzymają się trochę dalej, a ja nie umiałabym ich nazwać. No tak - krótko mówiąc, ptaki. Kiedyś przysiadały jakby częściej na parapecie, ale jak się widzi coś tak okrągło-pierzastego o kilkadziesiąt centymetrów od siebie, to po prostu trzeba wskoczyć łapkami na szybę, nie? No, kto by nie wskoczył?… To znaczy, pewnie - widzę, że Ludzie nie skaczą, ale chyba tylko ci dorośli, bo małe Ludziki często chcą złapać ptaszka i przytulić, czy coś tam. No ja nie mogę powiedzieć, że chciałabym ptaka przytulać, ale… Myślicie, że przyjaźń między kotem a ptakiem jest możliwa? Prawdopodobnie coś by poszło nie tak. Myślę, że to wina kształtu – ptaki za bardzo przypominają kocie zabawki! Ale gdybym tak co dzień mogła obserwować takiego jednego dziobatego cudaka, tak z bliska, na pewno w końcu udałoby mi się na niego nie skakać, a potem nawet z nim (zauważcie – z nim! Nie – nim) bawić. Prawie na pewno. Gdyby mało latał. Tak na początku oczywiście. Gdyby można było go spokojnie powąchać. No i trochę dotknąć łapką. I jeśli wtedy by nie skakał i nie fruwał, to jakoś bym się przestawiła i powoli moglibyśmy zacząć być przyjaciółmi. Chyba. Ale byłoby warto. Żywy przyjaciel jest fajniejszy niż zabawkowy. I by ćwierkał. Koty nie rozumieją ptaków tak dosłownie, choć tak „niemal”, w podstawowych rzeczach, jak ćwierkanie „Jestem”, „Jedzenie”, „Uwaga” i „Lubię cię” - to tak, ale w podobny sposób to chyba nawet Ludzie coś z ptasiego rozumieją. Choć pewnie nie zawsze i nie u wszystkich ptaków. No, tak czy owak, on by się nie nauczył miauczeć, a ja ćwierkać, ale może bylibyśmy dla siebie zabawni albo choć zajmujący? No i to byłaby prawdziwa przyjaźń, taka – wiecie – wymagająca. Bo łatwo jest przyjaźnić się z kimś podobnym do ciebie i zrozumiałym, ale z kimś zupełnie odmiennym i łatwym do zjedzenia?… Ba.

Ludzie chyba nie mają takich dylematów. Choć może? Bo czy Człowiek może przyjaźnić się z kotem?

Fifi

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Dima rozkłada łapki nad ludzką logiką poranków

Nikt nie zrozumie Ludzi. Dlaczego w większość dni rano zrywają się, ignorują kota (albo prawie ignorują, bo co to jest za zainteresowanie - pogłaskanie w locie i powtarzanie: "Zaraz, kiciu, zaraz"?!), biegają w kółko, spieszą się i nie widzą ważnych problemów (kocich), i w końcu, po prostu, skandalicznie i bezdusznie wychodzą, a w inne dni – ledwie dają się zwlec z łóżka, lub w ostateczności, lub powiedzmy że – jednym słowem w ogóle się nie spieszą, choć są na tym świecie kwestie, które trzeba rozwiązać natychmiast? Na przykład pusta miseczka. Pusta miseczka obok tej w średnim stopniu napełnionej chrupkami, ale kto by jadł chrupki, skoro co dzień o tej porze było mięsko? No i głaskanie co dzień o tej porze było, a tu jeszcze ciągle Człowiek leży i udaje że śpi. Wiem, że udaje, bo go na pewno obudziłem. Nie ze złośliwości, tylko po prostu przyszedł czas na budzenie i później Człowiek byłby niezadowolony. Ile razy tak było, że w te dni, kiedy Człowiek rano lata i potem wychodzi, po prostu stwierdziłem, że jestem obrażony i nie będę się napraszał. I leżałem i czekałem, kiedy wreszcie… wiadomo. No i w końcu Człowiek otwierał oko, mamrotał, a potem zaczynał szybko chodzić (jeszcze szybciej niż zwykle) i pokrzykując do mnie w przerwach, dlaczego nie budziłem, zawsze miauczę i budzę, a dziś akurat, kiedy… Nie wiem, o co chodzi. Ile razy było mamrotanie i narzekanie, po co budzę, skoro… a przecież można by pospać, a jednak… To w końcu budzić, czy nie budzić?

Dima

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau