Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Wira zastanawia się, jaki wpływ ma temperatura na menu w jej miseczce

To ja, Wira, a to jest moja pełna miseczka. Miseczka pełna karmy z kurczaka. Hmmm. Jeść czy nie jeść, oto jest pytanie. Kurczak, kurczak… No, nie wiem. Co by tu wymyślić… Ha!

Muszę was ostrzec – niech was nie zwiedzie, że to jedzonko wygląda dobrze i dobrze pachnie. Jest zepsute. Na pewno. To znaczy pachnie dobrze i dobrze wygląda. Przed chwilą je dostałam i przed chwilą to jadłam, i właściwie mi smakowało. Tak niemal. Bo to kurczak, a ja bym wolała wołowinkę. Od początku wolałam, ale jak Ludzie mi nakładali, to jeszcze nie byłam pewna, a teraz już wiem. I to się właśnie nazywa problem z komunikacją, próbowałam dać do zrozumienia, że… No dobrze – miałam nadzieję, że Ludzie się domyślą i dadzą mi tę wołowinkę. Bo to ogólnie powinno być inaczej - Ludzie, jak mi dają do miseczki, powinni się domyślić. Że jak jem z entuzjazmem, to mam ochotę, a jak z mniejszym – to mniejszą. No i trochę zjadłam z uprzejmości, ale… no zjadłabym wołowinkę. Taaak – właściwie to zaraz zepsuje się ten kurczak i wtedy będą musieli dać mi coś innego. Bo trzeba przyznać, że starają się nie powtarzać smaków – więc teraz kolej na wołowinkę po tym zepsutym – powtarzam: zepsutym – kurczaku. No, niby jeszcze nie wygląda na zepsutego, ale straszne bakterie już się czają, aby zaraz zaatakować. Po prostu czuję to. Więc wiem, co zrobię – zamiauczę nad miseczką! I wtedy Ludzie spytają: „Wiruniu, co ci się stało? Przecież dostałaś! I jadłaś. Ale jest tak ciepło, a ty pokazujesz na miseczkę, więc pewnie coś nie tak z tym kurczakiem! Mądra kicia dostanie wołowinkę”. Tak będzie. Bo wiadomo, takie ciepło to straszne niebezpieczeństwo dla kociej żywności i ponieważ miseczka już stoi od 5 minut, robi się coraz groźniej. Kurczak zaraz, zaraz się zepsuje. I wtedy… no niestety, aby nie umrzeć z głodu, będę musiała się zgodzić na tę proponowaną wołowinkę. Zgodzę się. Wspaniała historia. A teraz jeszcze trochę zjem tego kurczaka. Z uprzejmości. I dlatego, że Feniks się zbliża, a on nie jest smakoszem, tylko wylizuje wszystko, co zobaczy w misce, i nie zostałoby ani trochę dowodu rzeczowego na to, że kurczak był nie tego, więc bardzo potrzebuję wołowiny.

 

Wira kontroluje miseczkę

Fot.: Anna Smółkowska

Tekst: Anna Rau

Limonka marzy o locie

Podobno na świecie są latające myszy. To niesprawiedliwe. Bo dlaczego nie ma latających kotów?

Często siedzę na werandzie i przyglądam się światu, i wtedy myślę. Bo wiecie, choć wiele kotów myśli, leżąc i drzemiąc, to ja lubię medytować podczas obserwacji świata. I właśnie wtedy widzę, a raczej właśnie przy takiej okazji ostatnio do mnie dotarło, jak wiele istot lata! Większość takich, które są malutkie i przyjemnie się za nimi gania – motyle, muchy, żuki, trzmiele… i ptaki. Ptaki to trochę inna historia, choć sen o ich łapaniu, no cóż, jest w każdym z nas od zawsze. Tak czy owak, jak się patrzy na tych małych spryciarzy, gdy machają skrzydłami i unoszą się z ćwierkaniem o kilkadziesiąt centymetrów od moich łapek, to aż same wąsy chodzą w ich kierunku. A do tego nawet Ludzie latają. To znaczy, kiedyś, gdy się schowałam podczas burczącego przelotu wielkiej żelaznej machiny latającej nad Kocim Pogotowiem, Gracjan próbował mnie uspokajać wyjaśnieniami, jak to Ludzie konstruują takie metalowe, hałaśliwe ptaki, żeby sobie w nich latać. No… może to trochę pomogło. Wyszłam na ugiętych łapkach. A wkrótce potem niebem przesunął się lotem ślizgowym inny metalowy ptak – cichy i elegancki – i ten mi się naprawdę spodobał. Choć pomysł siedzenia w takim ptaku niespecjalnie przypadł mi do gustu. Ale z drugiej strony… Limonka, pierwszy latający kot?… Gdybyście pytali, gdzie bym poleciała, to nie wiem… Czasem mnie gna taka melancholia, czy tęsknota… Wyszłabym chętnie stąd i powędrowała znów na swoich rudych łapkach między trawami, wśród liści, węsząc za latającymi istotami na sześciu i dwóch nogach. W dawnym życiu tak chodziłam. Kiedy miałam dom. Może dlatego teraz często przyciskam nosek do siatki na werandzie i wącham zapachy, żaby ułożyły się w jakąś znaną wonną ścieżkę w moim łebku... Oczywiście dawny czas nie wróci. Ale w myślach latam nad Kocim Pogotowiem jak ten elegancki cichy żelazny ptak i znowu czuję wiatr w uszkach.

Limonka

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Gracjan weranduje oraz przywołuje bliższe i dalsze znajomości

Ludzie to się umieją urządzić – wymyślili i wyprawiają różne święta, a że święta są bardzo fajne, jednym słowem Ludzie mają fajnie z takimi małymi i większymi świętami. Bo wtedy są dodatkowe puszki, leniuchowanie bez końca, spotkania i baloniki do łapania. To znaczy z tymi balonikami to tak tylko sobie wyobrażam, bo ja nigdy takich nie łapałem – ale dodatkowe puszki to już sprawdzona prawda! Że też koty nie wymyślają świąt… Ale wracając do Ludzi – dla nich dziś jest Dzień… Odnawiania Znajomości! Dowiedziałem się o tym przypadkiem i bardzo się ucieszyłem, bo to świetny pretekst do wspominania. Mieszkając w Kociej Kawiarni, spotkałem całkiem sporo Ludzi i dziś im w duchu machałem łapą. Wygrzewałem się w słońcu na naszej werandzie i machałem – słowo daję. Bo koty, jak leżą i mruczą od ciepła, to tylko wyglądają, jakby były na urlopie, a tak naprawdę wykonują mnóstwo pracy intelektualnej! I ja też ją wykonywałem: wspominałem wszystkie koty i kotki, z którymi tam mieszkałem… Większość z nich znalazło dom, a kilkoro – na przykład Ikar – tymczasuje i czeka na dom, jak ja. Kochani, wam wszystkim w Dniu Odnawiania Znajomości wysyłam pozdrowienia! Myślę też sobie, że gdybym mógł je materializować, wyglądałyby jak ptaszki, bo je wszyscy lubią. Okrągłe, puchate i budzące przyjemne skojarzenia, mniam. Ludziom, których miałem przyjemność poznać, również wysyłam takie mruczące ptaszyny. Chcę też powiedzieć jasno i dobitnie – czekam na własny dom. Nawet jako ex prezes Kociej Kawiarni. A właściwie zwłaszcza jako. Choć jak z tym będzie? Zobaczymy. Dorosłe koty bywają filozofami czekającymi w spokoju na to, co przyniesie los, i powtarzającymi: „Taka karma”.

Swoją drogą ciekawe, że słowo „karma” to i jedzenie, i przeznaczenie… Oczywiście jest to w jakiś sposób logiczne. Nie ma karmy, zwłaszcza przez dłuższy czas, i twoje przeznaczenie kończy się. Jest dobra karma – chrupki i nie tyko, i już czujesz, że twoje przeznaczenie jest ci życzliwe – czyli po prostu masz szczęście. Ale to tylko taki mały odskok filozoficzny od kociej codzienności. Dość spokojnej i w ostatnim czasie rozpromienionej ciepłem werandującego wraz z nami słońca. Co prawda trochę zamieszania w te idylliczne klimaty wprowadził Homar, który tak bardzo chciał mieć dom, że co dzień miauczał i hałasował… Ale nagle – tak jak się pojawił - wyjechał do Ludzi, którzy go bardzo polubili, więc warto było hałasować. Przemyślimy tę strategię w przyszłości, a na razie… Przedstawiam małą proklamację. Może ktoś w Dniu Odnawiania Znajomości pomyślał, że chciałby w tym tygodniu odnowić z nami znajomość? I odwiedziłby nas w najbliższym czasie? Czekamy: Wira, Żożo, Filia, Oliwka, Limonka, Feniks, Ollim i ja, Gracjan. Odnowiciel Znajomości – do usług.

Gracjan odnawia znajomość

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Homar wyjeżdża… we śnie i rzeczywistości

W pierwszym dniu, kiedy przyjechałem do Kociego Pogotowia, śniło mi się, że nagle wyjechałem. Pojechałem daleko, daleko - jak człowiek, któremu wypowiedziano dom i musiał go opuścić. Nie pytajcie jak – bo to sen. Sen-jawa. Jechałem, przez pola, łąki i lasy. Mijałem Ludzi, z których żaden nie był moim, i domy, w których mieszkały inne koty. Bo tutaj nikt mnie nie chce.

Jechałem jednak, jechałem, czy szedłem, wiedząc, że dom gdzieś tam jest. Że znowu powróci, i wszystko będzie tak, jak było dawno temu, kiedy dom miałem i byłem czyjś, a Człowiek był mój. Tylko we śnie takie rzeczy się wie. Wiedziałem więc i szedłem z nadzieją. I w końcu zobaczyłem go – to miejsce, gdzie wreszcie mogłem wejść i zostać. I czekano na mnie.

Świat nagle tak mnie ucieszył! A ja ucieszyłem Ludzi, którzy mnie przyjęli. I mogłem wchodzić, wychodzić i do nich wracać. Skakać i spać na poduszce. I mogłem otwierać kolejne drzwi, a za każdymi była coraz to inna i coraz lepsza niespodzianka do odkrycia – drzewo, trawa, Człowiek, droga, kwiaty, owady, miska, powrót, ciepło, głaskanie i sen we śnie. Drzwi… Znacie mnie od prawie roku. Wiecie, że drzwi są dla mnie najważniejszym i prawdziwym znakiem. Znakiem domu, wolności, nowego wyjścia i poszukiwania. Mój Dom, którego już nigdy TAKIEGO nie będzie, miał TE drzwi. Dlatego ciągle otwieram kolejne. I we śnie też otwierałem - w moim domu. Własnym. Na zawsze. Dlaczego to tak nie wygląda? Dlaczego nikt nie chce żyć tak, jak wiem, że można, i jak żyłem kiedyś? We śnie jednak nie wiedziałem, że to na zawsze straciłem, i nic nie psuło mojej radości przy własnym Człowieku bez twarzy. I w końcu, ciesząc się domem, otworzyłem kolejne drzwi, ale za nimi było tylko przebudzenie.

Homar

Fot.: Marek Jędrasik

Tekst: Anna Rau

Orient udowadnia, że życie jest podróżą

Cieszę się, że moi Ludzie akceptują mnie takim, jaki jestem. Co prawda lubią głaskać moje biało-rude futerko, a ja to trochę lubię, a trochę nie lubię. Ale nie dlatego, że głaskanie jest nieprzyjemne, tylko dotyk w złych miejscach przypomina mi ból. Ból z przeszłości. Futerko na miejscach, które bolały, krwawiły, odrosło. A jednak… Czy to nie ciekawe? Znacie zjawiska, których nie widać, a są? No tak, wiem, wiem – ciepło, zimno, wilgoć… I ból. Nie widać, a jest. Jest w tych miejscach, którymi nie chcę się dzielić.

Teraz tak ciepło, ptaszki śpiewają za oknem, a ja mam pełną miseczkę, i Ludzie, z którymi mieszkam, znaleźli ze mną wspólny język, i tyle mi dali. A ja mówię o tak smutnych sprawach. Ale one też są ważne, normalne. Po prostu są mną. No i wiosną jestem trochę melancholijny. Gdy tak patrzę na świeże liście za oknem, słucham czystego świergotu ptaków, brzęczenia owadów, które zawsze chce się chwycić w łapki, przypomina mi się czas, kiedy chodziłem Na Zewnątrz. Nie byłem ni szczęśliwy, ni nieszczęśliwy – po prostu byłem w podróży. Tym jest życie Na Zewnątrz. Samym byciem, głodem, zimnem, ciepłem, mruczeniem, biegiem, strachem, bezpieczeństwem… Podróżą. Nie cierpiałem z powodu samotności. Koty Na Zewnątrz żyją same. Zakładają rodziny, mają kociątka, tolerują swoje przecinające się ścieżki - i żyją same, i wolne. Popatrzcie na koty wokół – na koty Na Zewnątrz – są same i wolne. Ja też taki byłem. Znałem Ludzi i nie znałem jednocześnie. Oczywiście ceniłem tych, którzy zostawiali mi jedzenie na swoim terenie, choć wiedziałem, że nigdy ich nie zrozumiem - ani nie będę wiedzieć, czy jedzenie tam będzie zawsze, czy nawet przez jakiś czas... Wiedziałem, że to ludzki teren, bo czułem nosem ich staranie o to miejsce. To oni rządzili - decydowali nawet, jakie rośliny tam wyrosną. Nie rozumiałem jednak, czemu wystawiali pojemnik z jedzeniem akurat dla mnie – obcej istoty na czterech łapach. Ale zrozumiałem, gdy zobaczyłem, że zimą wieszają na gałęziach krzewu pokarm dla ptaków. Po prostu chcieli podzielić się, to co mają, z innymi. Dlatego też, kiedy zostałem pogryziony i poturbowany przez pewnego zabijakę z innego rewiru, kiedy pogoniono mnie i przegnano z mojego terenu, kiedy moja tylna łapka okulała i nie mogłem na niej stanąć, pomyślałem, że mogę na nich jakoś liczyć. Byli jedynymi istotami, na które mogłem liczyć. Teraz, kiedy wszystko tak intensywnie kwitnie zapachami i kolorami, których nie mogę z wami dzielić, bo Ludzie i koty widzą i czują inaczej, przypomina mi się ta moja podróż – mała orientalna podróż kota Orienta przez świat ziół, srok, żuków, myszy, samochodów, drzew, piwnic i działek aż do świata Ludzi. To była dobra podróż, z dobrym długim przystankiem w obecnym domu tymczasowym. Jeśli ktoś mnie zechce – z całą moją historią - to będzie naprawdę świetna podróżnicza historia z dobrym zakończeniem.

Orient

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Feniks relacjonuje przebieg swojego autorskiego projektu

Gdybym był ważnym Człowiekiem i miał zapisać „ku pamięci” notkę w terminarzu, pod dzisiejszą datą napisałbym: „Pojechaliśmy na majówkę”. To znaczy tylko tak bym symbolicznie zanotował, no bo wiadomo, że my nigdzie nie jeździmy. To znaczy jeździmy… - do weterynarza na przykład. Czyli nie wiem, kto w ogóle lubi jeździć. Prócz Ludzi oczywiście. No ale majówka była i wszyscy byli zadowoleni, więc taki skrót dnia w terminarzu trochę można nagiąć, nie?

A było tak. Rano powiedziałem do towarzystwa w Kocim Pogotowiu: „Koty!!! I kotki! (To po chwili – bo sobie przypomniałem, że jest kociouprawnienie). Ludzie zaczęli świętować taki miesiąc, w którym się jeździ na wycieczki, siedzi na powietrzu, tam też się je różne dobre rzeczy i ogólnie w ten sposób cieszy się wiosną. Ten miesiąc nazywa się maj, a takie wycieczki – majówki. No, a ponieważ my bardzo cieszymy się wiosną, bo jest ciepełko, i na dziś chyba nic nie zaplanowaliśmy, więc jedźmy na majówkę!”. I wszyscy zamiauczeli, że się zgadzają i jadą ze mną.

Natychmiast zorganizowaliśmy kocyki i wielkim pochodem ruszyliśmy na werandę. A jest to wystarczająco daleko, żeby taką wyprawę nazwać wycieczką. I gdyby ktoś pytał, co to znaczy „wielki pochód”, to z godnością mogę powiedzieć, że jest nas tu całkiem sporo: Wira, Żożo, Gracjan, Filia, Oliwka, Limonka, Ollim i ja, Feniks. Świetny przewodnik i organizator wycieczek. I animator kulturalny. Bo pomyślałem też o zabraniu ulubionych zabawek, gdyby ktoś się zaczął nudzić leżeniem i rozmową. Tak więc nawet Gracjan, który był prezesem w Kociej Kawiarni, i ma doświadczenie w różnych imprezach zbiorowych, kiwał głową z zadowoleniem. Bo to przecież super projekt! – i premiera majówki od początku czasu Kociego Pogotowia. Prapremiera! Do tego bardzo udana, bo kiedy już dotarliśmy na miejsce majówki, czyli werandę, byliśmy tak zmęczeni, że najpierw spaliśmy na słoneczku, aby zregenerować siły, a potem po prostu spaliśmy, żeby uczcić wiosnę i maj! I wstaliśmy tylko na karmienie.

Feniks animuje zabawę majówkową

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Neska rozmyśla na podziałem materialnym świata

Gdybym była bardzo, bardzo bogata- tak jak Ludzie, zrobiłabym mnóstwo dobrego… Na rzecz kotów, oczywiście, bo Ludzie w ludzkim świecie zawsze sobie jakoś poradzą…

Na wszelki wypadek, gdybyście się zaczęli zastanawiać, dlaczego uważam, że Ludzie są bogaci – wyjaśnię. Po prostu nie jestem do końca pewna, co dla Ludzi oznacza bogactwo, ale dla kotów jest to bardzo proste. Po pierwsze jedzenie. Jedzenie zawsze, gdy jesteś głodna – to wielki dar od losu. Każdy, kto tak ma, może dziękować i w pas się kłaniać. Bo na Zewnątrz koty muszą polować, grzebać po śmietnikach, zaglądać w każdy kąt - i czasem coś się znajdzie. Ewentualnie mają szczęście i ktoś zostawia jedzenie codziennie w określonym miejscu. Takie koty to farciarze. A Ludzie? Rety, mają nieograniczoną ilość smaczności według chęci! Po drugie – nie wiem, czy wszyscy Ludzie maja gdzie mieszkać, ale myślę, że większość raczej tak. I ogólnie fajnie jest chodzić, zwiedzać, wietrzyć się, ale najważniejsze jest mieć dokąd wrócić. Żeby było ciepło i bezpiecznie, i ktoś czekał. Ludzie to mają. Zapewnili sobie domy, duże, pełne przedmiotów, które lubią, łóżek, dywanów, miękkich tkanin. Gdzie nikt nie może wejść i im przeszkodzić. Świetna sprawa. Do tego mogą tam przyprowadzić wszystkich, których lubią, lub pomóc tym, którzy domu nie mają. Którzy są obcy w ludzkim świecie. No i Ludzie mogą się wszędzie porozumieć i wszystko uzyskać. W końcu to ich świat, pełen Ludzi tacy jak oni, z którymi można się w języku ludzkim dogadać. Wspólny język to jest podstawa wygodnego życia. A teraz wyobraźcie sobie, ze miauczysz do utraty tchu, a nikt cię nie rozumie… Każdy kot tak ma.

Bardzo doceniam, że mam domek tymczasowy. Co dzień miseczka, poduszka,zabawki, głaskanie. Jestem bogata! Ale chciałabym być jeszcze bardziej. Pomogłabym innym kotom. Stawiałabym domki. Pomagała osieroconym kociakom. Stawiała miseczki w różnych miejscach, żeby jakiś pozbawiony nadziei kot nagle znalazł gotowy posiłek... Nie wierzyłby własnym ślipkom! Założyłabym wielki dom dla kotów! Takich wyrzuconych, starych i niechcianych, żeby każdy miał komfort i własne miejsce. I byłby tam ogród, wielki, z wielkim murem, żeby nikt nie mógł tam wejść i popsuć wszystkiego…. Nie wiem, czy to optymistyczna wizja, ale tak chciałabym. Łatwo jest być dobrym, kiedy jest się kocio-bogatym… Mnie to raczej nie spotka. Jestem tylko kotem tymczasowym w tymczasowym domku. Ale głęboko wierzę, że w innych światach, snach, czy rzeczywistościach, jeśli kiedyś będę mogła coś zrobić – zrobię to. Pomogę innym z całego swego serca. Bo ktoś pomógł mnie.

Neska pogrążona w myślach

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Durian planuje jak nikt

Kto świętował z Fifi jej urodziny? Ja na pewno.To znaczy my wszyscy – tu, w Kocim Pogotowiu. Bo każda okazja jest dobra do zabawy i zajadania, no nie? Zdrowie Fifi! Ha. Ale czy pamiętacie, że za cztery dni ja też obchodzę urodziny? Skończę rok. To znaczy, tak symbolicznie. Bo przecież jak byłem kociakiem Na Zewnątrz, to nikt nie zapisał, kiedy się urodziłem. Ale to nieważne. Ogólnie czas leci, futerko rośnie, doświadczenie się krzepi – jak to powiada niedawno przybyły Gracjan. Już planuję ten dzień. Wiecie – im bardziej się do czegoś przygotujemy, tym dłużej będziemy czuć się świątecznie. To ja zaczynam już teraz i planuję. Po pierwsze, będzie cudownie. Wszystkie koty tego dnia przepuszczą mnie do miski, no i będę miał najlepsze miejsce do wygrzewania się na tarasie. (Wiadomo, TEGO dnia oczywiście będzie świecić słońce). A potem, jak już wyspany i wyczesany (zapomniałem o sesji czesania) będę gotowy na przyjmowanie gości, zaczną się prezenty. Dostanę wielki tort rybny. Piętnaście poduszek w poszewkach z polaru, takich miękkich dla łapek. Tylko dla mnie. Wielki tunel do zwiedzania. Mechaniczny zamek z mobilnymi myszkami w oknach i na blankach, i w zwodzonej bramie. I ptaszki w wielkiej klatce, żeby ćwierkały i latały, i chciały się bawić. Czy coś. I akwarium z ogromnymi rybami, żebym mógł mieć swój telewizor. I ludzki sprzęt grający, który odtwarza ptasie trele. I pięćdziesiąt piłeczek! I zapas ulubionego mięska w takim podawaku, działającym na naciśnięcie łapki. I fontannę – bo pluskająca woda, taka jak w kranie, to jakiś cud. I automatyczny wachlarz, do wytwarzania przyjemnego powiewu, kiedy jest upał. I bukiet stworzony z kocich kiełbasek. I… I… No niestety, więcej nie jestem w stanie wymyślić, ale zapewniam was, że to nie koniec prezentów. Ale zawsze musi pozostać jakaś niespodzianka, no nie?

Tak. Tak będzie.

Trochę mi smutno. Nie dlatego, że to wszystko wymyśliłem i że oczywiście moje urodziny będą miłe, ale fontanny na pewno nie będzie. Nie o to chodzi. Nie chcę fontanny, ani mechanicznych myszek, ani sztucznych ptaszków, ani nawet góry mięska. Chciałbym, żeby ktoś mnie głaskał we własnym domku.

Durian-planista

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Nikola zakłada jednoosobową działalność gospodarczą

Trzy łapki na schwał i łebek, który rozwiązuje najtrudniejsze łamigłówki! Kto to może być…. To ja!!! Nikola o trzech łapkach! Sporo myślałam, co mogłabym robić w życiu, bo nie lubię zbyt długo pozostawać w bezruchu i do tego życie jest za krótkie, żeby chrapać na poduszkach. I dlatego tak mnie ciągnie jakaś specjalna aktywność. Tylko że w naszym gronie jest tyle ślicznych, uzdolnionych kotów... O oryginalnych futerkach, z wdziękiem osobistym i z łebkami pełnymi pomysłów. Dlatego długo nie pisałam. Bo ja… No cóż, uroda to sprawa gustu, ale mam tylko trzy łapki i niektórzy mogą do tej kwestii podchodzić z zakłopotaniem. Ale to naprawdę nie jest problem – przynajmniej dla mnie. Bo duch to potęga! Nigdy się nudzę. Zawsze znajdę jakąś zabawę, no i nieźle umiem rozruszać towarzystwo. A do tego ostatnio jest tak ciepło i kot może leżeć, i rozmyślać o przyjemnych sprawach. Wręcz medytować… I właśnie w takich momentach przychodzą do głowy najwspanialsze pomysły! Zakładam Kocią Agencję Detektywistyczną!!!

Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy taka organizacja w ogóle jest potrzebna – proszę, oto fakty. Ile razy coś wam zginęło z lodówki? Zawieruszył się nagle ważny rachunek? Zaginął bilet na pociąg za dwie godziny? Jakieś sprytne łapki odczepiły breloczek i gdzieś go schowały? Jestem bystra i świetnie kojarzę fakty. Zniknęła szynka z talerzyka w kuchni? - ha, sroka zaglądała przez okno. Ktoś wypił wodę z kubka Człowieka? Widziałam przemykającego w kącie pająka. (Dla wątpiących – użył słomki). Coś w nocy stukało w drugim pokoju… Jeszcze nie wiem, co to było, ale już mam pewne poszlaki i nie mogę ich zdradzić dla dobra śledztwa. Jak sami widzicie, nie tylko prędko kojarzę, ale mam też odpowiedni aparat pojęciowy – jak to mówią mądrzejsi tego świata. Jednym słowem masz problem – Nikola pomoże.

Aby wszystko było jasne, muszę wam coś powiedzieć. Frida twierdzi, że wszystkie wyżej wspomniane przypadki to robota Demonka. Ale ja się z tym nie zgadzam. To by było zbyt proste!

Nikola obserwuje sprawców

Fot.: Anna Żokowska

Tekst: Anna Rau

Limonka przygląda się temu, co jest pomiędzy przeszłością i przyszłością

Moja druga wiosna. Kto by pomyślał, że wszystko tak się zmieni… To znaczy, ja na pewno tego nie przypuszczałam. Wszystko było takie dobre. Proste. Bezpieczne. I znowu tak jest. Trochę mi dobrze, trochę mi smutno. Jestem w takim czasie „pomiędzy”, tak jak wszystko wokół, co teraz widzę. Między zimą a wiosną.

Moja historia jest krótka. Miałam dom i swoich Ludzi. Pozwalali mi wychodzić. A ja chętnie wychodziłam, bo Na Zewnątrz jest ciekawie. Inspirująco. Śmiesznie. W domu zaś – ciepło, bezpiecznie i miło. Dwa światy. I ja – pomiędzy. W domu dostawałam miseczkę i ciepłe kolana, i własne posłanko na noc, a Na Zewnątrz, w ogrodzie między roślinami śledziłam żuki, skakałam na chrząszcze i tropiłam ptaki. Wędrowałam po zapachach, czasem daleko, daleko, kilka godzin od domu, bo zawsze wydawało mi się, że wiem, jak wrócić. I zawsze wiedziałam. Oprócz jednego razu. Kiedy padało. Kiedy coś mnie przestraszyło. Kiedy w końcu byłam głodna i zasnęłam. I znajoma ścieżka zapachu, znane punkty odniesienia w terenie, wszystko, co pomagało mi wrócić do domu – zniknęło. Zostałam sama w jednym ze światów. A drugi zniknął na zawsze. I wtedy ten pierwszy pokazał mi też swoją inną stronę. Że bywa zimny, że miewa za mało jedzenia i że z Ludźmi, którzy mnie głaskali, z posłankiem i codziennymi tak uspokajająco znanymi czynnościami nie ma nic wspólnego. Ale miałam szczęście i pojawił się nowy Człowiek, który zwrócił na mnie uwagę, bo mam jaskrawe, ładne futerko i nie uciekałam za bardzo. Bardzo dziękuję losowi za moje futerko, gdyż pomogło mi odzyskać miseczkę, posłanko i nawet ręce, które chcą mnie głaskać. I głosy, które zapewniają, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Wszystko się ułoży. Może. Tęsknię do tamtych rąk. Rąk moich Ludzi. Czy mnie jeszcze pamiętają? Ja ich nigdy nie zapomnę. A czy będę mieć nowy dom? Może. Może na „m”, jak melancholia. Stan pomiędzy domem a domem.

Limonka

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau