Żelek świętuje i apeluje

Wieczór… I co – święto święto i po święcie. To samo zresztą było z kocimi walentynkami. Ledwie zrobiło się miło, dostało się jakiś prezent, podrapano między uszkami, można było pobrykać i pozwolić się sobą pozachwycać, i koniec. Nagły i niespodziewany koniec! Dzień Kota jest za rzadko, ot co, i na pewno wszyscy się ze mną w tej kwestii zgadzają - w sensie wszystkie koty. A gdyby ktoś był ciekawy, jak spędziłem to święto, to chętnie wszystko opowiem. Bo to był dzień idealny i można by nawet bez Dnia Kota zapewniać kotom takie dni. Najpierw długo spałem… Choć nie, najpierw robiłem w nocy taką małą wigilię Dnia Kota, czyli pobrykałem na panelach z piłeczką i zrzuciłem jedną zabawkę z szafy – tak żeby Ludzie na pewno pamiętali, że jestem i że jutro, czy tam za kilka godzin, mam swoje święto. Potem trochę spałem, potem było uroczyste śniadanie, naprawdę fajne i kocie. Potem próbowałem coś utargować z ludzkiego śniadania, ale Ludzie nie wiedzą, jak się naprawdę świętuje, więc trudno, a potem dostałem nową zabawkę! Do noszenia w pyszczku i polowania. To zapolowałem! I potem spałem, choć miałem też dodatkową porcję głaskania. A potem ku mojemu oburzeniu Ludzie gdzieś poszli, mętnie się tłumacząc, że niby zrobiło się cieplej i idą szukać wiosny. Phi, wiosny w Dzień Kota! No ale. To ja w tym czasie pospałem, zapolowałem znowu na nową zabawkę, uroczyście się umyłem i po sprawdzeniu miseczki przywitałem oszukańczych Ludzi. Którzy się trochę zrehabilitowali, bo dali mi na przeprosiny luksusowe chrupki. A potem fik-mik, po pilnowaniu ludzkiego obiadu, obowiązkowej świątecznej sjeście i wieczornej galopadzie oraz po dodatkowych przytulankach z miłymi nawiązaniami: „A kto nam dzisiaj tak świętuje?...”, zrobił się bolesny koniec Dnia Kota! Nie może tak być… Co sobota Dzień Kota!!!

Żelek

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau