Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Ollim snuje refleksje pomikołajkowe

Na pewno Mikołaja nie ma. Po prostu nie ma. I nie o to chodzi, że wczoraj nic nie dostałem, wcale nie o to. Bo dostałem. Wszyscyśmy coś dostali: bardzo dobre jedzonko i zabawki, i Ludzie się z nami bawili. Było fajnie jak zawsze. Ale… ale miało być wyjątkowo. Bo Koci Mikołaj...

Jak pierwszy raz usłyszałem o Mikołaju, to aż mi się nie chciało wierzyć. O, właśnie, już wtedy mi to podpadło. Że w pewien specjalny dzień przychodzi taki ktoś, kto nam daje to, co najbardziej chcemy. Pomyślałem sobie, że to niemożliwe. I że dlaczego ktoś miałby mi coś dawać. No ale ta historia była dość przekonująca, bo to miał być taki KOCI Mikołaj, i taki lepszy ktoś, ktoś, co dużo może… No to nie powiem, czekałem wczoraj, że zdarzy się coś, czego najbardziej chcę. (Bo do tego mieliśmy się też trochę wcześniej przygotować – i każdy z nas miał wymyślić, czego bardzo, bardzo chce. I miało się spełnić). Czyli jak już przyszło wczoraj, a ja usłyszałem, że jest specjalne mięsko od Mikołaja, i są piłeczki, to sobie pomyślałem, że chyba Mikołaj czegoś nie dosłyszał. Albo że muszę jeszcze chwilkę poczekać. Bo ja chciałem dostać własny dom. Z Ludźmi, którzy by mnie wyjątkowo lubili, tak na zawsze. No, duży prezent chciałem.

Nie wiem, jak to sobie wyobrażałem – że się obudzę i już będę w tym własnym domu? Albo że tak będę siedział, a nagle przyjdą do nas Ludzie i powiedzą: „Ollim, jesteśmy od Mikołaja! Będziemy zawsze razem – cieszysz się?”. No, chyba tak miało być. A było inaczej.

Jedzonko było smaczne, a zabawkami dziś już się bawiłem z samego rana… Może takie życzenie jak moje nie może być spełnione tak od razu? Bo nie chcę skreślać tego Mikołaja. W końcu postarał się, jak mógł. Może miał do dania tylko jeden domek z Ludźmi i dostał do jakiś inny kot. Który mieszka w jakiejś norze, i ciągle jest głodny, i mu zimno. Czyli właściwie dobrze zrobił ten Mikołaj. Ja sobie jeszcze poczekam.

Ollim

Fot.: Monika Stańczak

Tekst: Anna Rau

Wicia i Werwa organizują andrzejki

- Werwa, o której to wszystko się robi? To całe wróżenie?

- Jakoś w nocy.

- Odpada, w nocy to ja śpię albo jem. No, czasem się bawię... A to jakaś poważna sprawa. Robimy to teraz! A jak to się robi?

- No, rozrzuca się jakieś rzeczy i jak spadną w jakiś kształt, to on się sprawdzi w przyszłym roku.

- Nieraz coś nam spadało i to nie było wróżenie… Podejrzane to jakieś.

- Ale Ludzie dziś mówili! Wieczorem idą, wróżą i się sprawdza.

- No, jak mówili… Dobra. Ja wróżę z piłeczki z piórkami, a ty wróż z tego różowego do ciągania.

- Się robi, szefie!

- W pyszczek! Na stół! I teraz… Raz! Dwa! Trzy!!! Poszło…

- Wicia? I co ci to różowe przypomina?

- Hmmm, parówkę?

- Ludzie nam nie dają parówek!

- No właśnie, ale w przyszłym roku będzie inaczej. Sama widzisz – wróżba pokazuje, że wreszcie dadzą. Głupio by było, gdyby wyszło nam coś, co już mamy, nie?

- Racja. A co tobie wyszło?

- Przez te piórka to jakby ptaszek. Wiesz, może jakiś tu wleci i wtedy będzie można go… tego… zapoznać… Albo ktoś przyjdzie z jakimś w klatce.

- Ludzie chyba nie chodzą z ptaszkami w klatkach na spacery.

- Przykre nie? Z psami chodzą, a z ptaszkami nie.

- Nie przejmuj się. Jak się ci się wróżba nie spełni, to podzielę się z tobą moją parówką.

- Jesteś naprawdę dobrą siostrą.

Wicia i Werwa wróżą

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Gracjan szuka domu

Już tyle czasu minęło i nikt mnie nie chce. To znaczy wiem, że ktoś pewnie by mnie i chciał, gdyby mnie lepiej poznał, ale teraz jakoś nikt nie chce. I wiem, że to nic osobistego. Po prostu większość Ludzi, którzy lubią koty, już je mają. A przecież są też tacy, którzy lubią psy, ptaki, myszy, jaszczurki, pająki i co tam jeszcze na świecie żyje, i też potrzebuje domu. I tak to.

Pewnego razu usłyszałem opowieść o tym, jak to Ludzie wiele lat temu posłali wysoko, wysoko, na niebo, ku gwiazdom, w takim wielkim metalowym statku powietrznym psa. Żeby zobaczył, co tam jest. Nie wiem, jak się ta historia dla niego skończyła, ale pewnie źle – jak to się zwykle takie eksperymenty kończą…. Ale potem też było, że przez te wszystkie lata Ludzie tak się douczyli w kwestii tych powietrznych podróży, że teraz to już sami swobodnie latają, kiedy chcą. To ja tak sobie pomyślałem, że skoro to jest takie bezpieczne i w ten sposób można zwiedzić coś więcej niż Tutaj, gdzie żyję, i gdzie żyją wszystkie znajome mi koty i Ludzie, czyli gdzie są te wszystkie zajęte domy, to może w tej podniebnej przestrzeni jest Drugie Takie Miejsce? Drugie takie jak to Miejsce, tylko Inne. I może Tam nie ma kotów, czyli są domy z jakimiś tamtejszymi Ludźmi, co marzą o swoich kotach, ale ich nigdy nie będą mieć – bo ich tam nie ma? Jest to możliwe, prawda? Pewnie trochę by się w to Inne Miejsce leciało… Z tydzień. Albo z miesiąc. Ale byłoby warto. A potem własny domek, no i najważniejsze – przysłałbym Tutaj powrotną wiadomość do wszystkich bezdomnych kotów: „Przyjeżdżajcie, koty, przyjeżdżajcie! Pomachajcie łapką z okna powietrznego statku i w drogę! Czekają na was miłe domy z przyjemnymi Ludźmi, którzy bardzo chcą mieć własne koty, i miseczki pełne jedzenia, i ciepłe kocyki, i mnóstwo zabawek. I nie bójcie się – wszystkich was przywitam i przedstawię. Ja, Gracjan!”.

W domu tymczasowym jest mi bardzo miło. Naprawdę. Ale może już robię kłopot. I tu są też inne koty, co czekają na dom – Nikola, Demonek, Tofi, Ulinka i Zorka… Czyli jak ktoś mi zaproponuje lot w kosmos, to się zgodzę. Co tam. Na pewno gdzieś Tam jest dom dla czarno-białych puchatych kocurków.

Gracjan

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Wicia i Werwa szykują imprezę

- Ale mam nowinę! Ale mam nowinę!!!

- Co takiego? Co się stało!

- Wiesz, co Ludzie dziś robią? Tacy mali Ludzie? Takie kociaki-Ludzie?

- No nie wiem, powiedz wreszcie!

- Przebierają się w różne śmieszne albo trochę straszne kostiumy, w jakieś szmatki, coś tam, chodzą z koszyczkami w pyszczkach i zbierają smakołyki! I ciągle mówią: „Cukierek albo psikus”. I wtedy dostają. Super pomysł, nie?

- W pyszczkach? Ludzie?!

- Ale się czepiasz szczegółów… No to w łapach noszą, w rękach. Ale zwróciłaś uwagę? Zbie-ra-ją. Dostają za nic..

- No ciekawe… Tak, hmm. Ciekawe.

- Rety, przecież możemy to wykorzystać. Jesteśmy małe, możemy się przebrać i jak tak będziemy chodzić od Człowieka do Człowieka, to na pewno coś dostaniemy!

- A co? O, wiem, co bym chciała. Trochę więcej tych luksusowych chrupków, które dostajemy tylko raz dziennie na podwieczorek.

- To to. Albo kocią kiełbaskę. Albo może jakiś plasterek mięska, co tam Ludzie chowają dla siebie.

- Podoba mi się. To za co się przebierzemy? Może za drzewo? Jak by się dało skombinować te listki, co sobie Ludzie tu do ozdoby położyli… Albo nie, byłoby gadanie. Weźmy z tej rośliny w doniczce. I tak mieć listek na grzbiecie. Oczywiste drzewo.

- Super. Albo dorwać piórko! Kiedyś Człowiek nam przyniósł jakieś do łapania… Masz piórko – przebrałeś się za ptaszka!

- Albo przebierzemy się za siebie. Ty za mnie, ja za ciebie!

- Ostatnie przebranie najlepsze. Tylko czekaj… A jak przebierzemy się, a nic nam nie dadzą?

- To psikus!

Werwa i Wicia - oraz listki

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Zefilon, który wie, że już nigdy nie spotka swojej Mamy

Czy Człowiek zastąpi mi Mamę? Wiem, że już nigdy jej nie zobaczę. Bo zniknęła. A ja jej długo szukałem, a potem spotkałem różnych Ludzi i teraz jestem w ciepełku, i z miseczką, tu, gdzie naprawdę jest całkiem przyjemnie. Ale co się stało z moją Mamą?

Było tak: od urodzenia mieszkałem w piwnicach, z Mamą i młodszym przyrodnim bratem. Brat był zupełnie malutki i miał ogonek do góry, a Mama znowu była w ciąży - ale to normalne. Wszystkie moje ciocie bardzo często są w ciąży i nikt przed nikim niczego nie ukrywa. Najczęściej z ciociami i ich kociakami spotykaliśmy się w ogrodzie koło wielkiego czerwonego budynku, koło którego rosło stare drzewo, zwane bukiem. Jak byście chcieli wiedzieć - tam zawsze przyjemnie pachnie gołębiami, bo w dzień mnóstwo ich tam łazi! Przyjemne to, nie? Ale my w dzień tam nie chodzimy, bo wtedy jest za dużo Ludzi, którzy mogą być groźni. I aut, które są straszne! Chodziliśmy więc sobie nocami, a Mama zawsze mówiła, że trzeba szybko-szybko przebiec przez ulicę między jednymi oczami potwora-auta a drugimi, i dobrze ocenić odległość, bo one się nigdy nie zatrzymają. I tak było co dzień, zanim jeszcze urodził się mój brat, i potem też. Ostatnie, co pamiętam, to ciepławy wieczór i wszędzie pełno szeleszczących liści, kiedy Mama, mój przyrodni braciszek z ogonkiem i ja przemknęliśmy przez ulicę, i znaleźliśmy się w ogrodzie. Tylko tam nie do końca było tak, jak zawsze. Jacyś Ludzie coś tam w dzień robili i wszystko inaczej wyglądało! Pełno ziemi i wykopów, i zniknęły te krzaki, za którymi dotąd chodziliśmy, i to mnie niestety zdezorientowało. Chyba w którymś momencie skręciłem nie w tę stronę i nagle znalazłem się w innym miejscu i wśród innych zapachów niż zawsze… Zacząłem więc szukać Mamy i miauczeć, ale jacy Ludzie zaczęli na mnie pokrzykiwać, a potem coś strasznie hałasowało, więc się schowałem pod takim pojemnikiem na różne odpadki i przeczekałem cały jasny dzień. A w nocy znów ruszyłem na poszukiwanie Mamy. Byłem tak głodny, że aż mnie skręcało! Co dzień na naszym podwórku Taki jeden Człowiek z Wózeczkiem zostawiał jedzonko, ale teraz w ogóle nie czułem nic, co przypominałoby ten wózeczek, tego Człowieka i moją Mamę. Znowu zacząłem miauczeć. I zatrzymał się inny Człowiek, taki bez wózeczka. Wabił mnie i położył mi mięsko na boku, na takim kamieniu. Rany, jak to smakowało. Skąd Ludzie biorą mięsko?! I zachęcał mnie do podejścia. I drugi, co mu zaczął towarzyszyć... I mnie złapali. Było strasznie, bo byli duzi i nie są kotami, ale było ciepło, i głaskali mnie po łebku, i mówili „kici kici”. A potem nocowałem u takiego Człowieka, co miał dwa psy, i starał się, żeby mi było zacisznie i żebym jadł. To było miłe.

Myślę, że już nigdy nie zobaczę mojej Mamy. Po prostu się zgubiłem i koniec. Ale i tak miałem szczęście, bo teraz mieszkam u kolejnych miłych Ludzi. Ale co będzie dalej?... Mam nadzieję, że moja Mama zawsze znajdzie coś do zjedzenia. I mój przyrodni brat, co ma jeszcze ma ogonek do góry. Nigdy o nich nie zapomnę.

Zefilon

Fot.: Anna Chyżyńska

Tekst: Anna Rau

Nikola próbuje wziąć swój los we własne trzy łapki

Mam dla was propozycję. Wiem, że czasem nawet się mówi: „propozycję nie do odrzucenia”, ale ja tak nie powiem. Jestem tylko koteczką na trzech łapkach, a moja propozycja… No cóż. Powiem tak: wypożyczcie mnie!

Nazywam się Nikola, mam łatki i 3 łapki. I jestem Kotem Tymczasowym, to znaczy czekam na własny domek od dwóch lat. Ostatnio czekam razem z Gracjanem, ale i z Demonkiem, Tutim, Tofim oraz z tutejszymi rezydentami, czyli Prawdziwymi Kotami Domowymi. I dobrze jest. Ale jestem tylko Kotem Tymczasowym... Rozmawiałam o tym z Gracjanem, który jest czarny i puchaty, i – poza momentami, kiedy zaczyna mówić, że coś jest nie tak, jeśli nie ma moresu – dość stoicki. I choć w tej kwestii (w sensie, że też jest kotem tymczasowym) również nie ma specjalnie szczęścia, to jakby jednocześnie ma go nieco więcej. Bo jest stoicki i puchaty. A Demonek jest młodszy i lubi się bawić, więc kompletnie o tym nie myśli. A ja myślę, bo trzy łapki dają do myślenia. I wymyśliłam, że może po prostu nie jest mi pisane być czyimś Kotem Domowym... Trudno. Ale potem któregoś wieczoru przyszło mi do głowy, że skoro są miejsca, w których Ludzie mogą sobie wypożyczać książki, pojazdy, ubrania, to może ktoś chciałby sobie wypożyczyć na trochę jakiegoś miłego kota, czyli mnie? Bo wiecie, i wypożyczający byłby zadowolony, bo poczułby się jak Właściciel Kota, i ja byłabym zadowolona, bo poczułabym się jak chciany i wybrany Kot Domowy, tak więc to chyba niezła propozycja?

Jestem miła, grzeczna, czysta. Lubię mruczeć, bawić się i być głaskana. Wiem wszystko o byciu kotem domowym, więc chętnie każdemu, kto będzie chciał mnie wypożyczyć, pokażę, jak fajnie mieć kota. I może, jeśli takie posiadanie okaże się fajne… a ten ktoś nie będzie chciał mieć kota z trzema łapkami, to potem weźmie jakiegoś innego, takiego… pełnowartościowego. Ale co poczuję się jak Kot Domowy, to moje. I nie słuchajcie Gracjana, który marudzi, że to kiepski pomysł. Wypożyczcie mnie!

Nikola

Fot.: Anna Żokowska

Tekst: Anna Rau

Tsunade, Temari i Tobi tworzą eksperckie kolegium fotograficzne

- Jak ty mnie łaskoczesz z tyłu ogonem! Majtasz i majtasz.

- Bo to jest takie ekscytujące! Pobawiłbym się tymi listkami ze szmaty. I tam z tyłu takie gwiazdki świecą. Rety, jak w raju.

- Ale Ludzie chcą, żebyśmy siedzieli i wyglądali jak grzeczne kotki!

- Nie ma problemu. Jesteśmy grzeczne kotki. Malutkie i fantastyczne.

- O to to. Ale o co chodzi z tym „zdjęciem”? Zdjęcie i zdjęcie – co to jest zdjęcie?! I dlaczego muszę tak siedzieć? Tam jest piłeczka!

- Zdjęcie… Chcą coś zdjąć i, jak tak siedzimy, to im pomożemy.

- To ma sens – rzadko siedzimy.

- Basia mówiła, że „zdjęcie” to inaczej taki nieruchomy, płaski kotek, którego potem Ludzie mogą sobie w każdej chwili oglądać.

- Płaski kotek?! Brzmi strasznie! Ja nie chcę!!!

- Gdyby to było coś strasznego, Basia by nam powiedziała. Może czasem machnie łapą, ale nas jakoś wychowuje.

- Wychowanie, phi! Jak ja bym chciał dorwać tę piłeczkę!!! Akurat jest wolna. A obok wisi ogon Duriana.

- Palnij go łapką! Palnij go łapką!

- Uspokójcie się. Ludzie tu się starają i chyba to jakieś tam zdjęcie jest coraz bliżej.

- Zdjęcie… Zdjęcie… O, już nie musimy siedzieć. I o co chodziło?!

- Nie wiem, ale teraz chcą nam dać chrupki, więc to coś świetnego.

- Zostawcie mi kilka, piłeczka nadal wolna! Biegnę!!!

- Nie zapomnij złapać ogon Duriana!

Tobi, Tsunade, Temari i zdjęcie...

Fot. Monika Stańczak

Tekst: Anna Rau

Filia przedstawia rewelacyjny chwyt marketingowy do powszechnego stosowania

Zaczęła się jesień i według mnie jest to problem. Bo jesień oznacza, że jest coraz bardziej żółto, czerwono i brązowo, i wszędzie są rude kasztany, i lecą złote liście, i jarzębiny czerwone widać… A to wszystko kojarzy się z… rudymi kotami! Farciarze Limonka i Durian! I Orient. To ich czas – jak żadne inne spośród nas są jesienne i przyjemnie kojarzą się z obecną porą roku. Jednym słowem mają większą szansę na domek. „Ho, ho, ho, rudy kotek jak jesienny kasztanek – powie jakiś dobry Człowiek – a da mi radość przez cały rok!”. I hop Limonkę lub Duriana ze sobą do własnego domu. Albo Orienta. A z czym kojarzą się bure koty? Z niczym! Nie ma dobrej pory roku dla burasków! I co w związku z tym ma zrobić kot, który jest buraskiem?! Załamać łapki! Ale wymyśliłam coś. Piosenkę. Melodia dowolna – podstawcie tekst pod jakiekolwiek miauczenie. Posłuchajcie, zaśpiewajcie, podajcie dalej. Buraski potrzebują pomocy.

Są koty rude i czarne, i białe,

Każdy z nich wnosi radości niemałe,

Ale nauka posiada dowody,

Że to w buraskach jest źródło swobody!

Pokochaj buraski, a znikną potrzaski,

co więżą twe nerwy i serce.

Pokochaj buraski, a wkrótce oklaski

wzniesiesz naturze w podzięce.

Filia z Kociej Kawiarni

Fot.: Monika Stańczak

Tekst: Anna Rau

Kofi wymyśla jesienne zadanie dla wszystkich nosów

Czuję, jak zmieniło się powietrze. Jeszcze niedawno pachniało suchą trawą, rozgrzanymi kamieniami, zgniecionymi liśćmi, kwiatami. Było jak ciepłe, do czysta wylizane futerko. Teraz w powietrzu pojawił się zapach wody: mokre, już wkrótce butwiejące, liście, mokra mgła w powietrzu, a trochę też hmm… mokre pierze. Takie ptasie pióra. Bo wiecie, jak ptak zmoknie, to właśnie tak pachnie. Ja wam wszystko wyczuję! Oczywiście nie chcę powiedzieć, że jesień pachnie, jak zmokła kawka – tylko że to już zupełnie inna gama zapachów niż wcześniej. No oczywiście czuć też wędzony dym ognisk, które ludzie palą w otaczających nas ogródkach. Rozchodzą się też w powietrzu owoce i warzywa wilgotne w porannej rosie, więc tym bardziej wonne. Takim koprem pachnie, gruszkami rozgniecionymi pod drzewem, trochę cierpką jarzębiną. Umiałbym to lepiej opisać po kociemu, ale po ludzku to chyba jesień jest właśnie taka. I nie myślcie, że jestem takim poetą, co się nagle wziął za opisywanie zapachów – tylko przecież ja nie widzę. Czyli mój świat jest oswojony wyłącznie dzięki mojemu nosowi i tej całej nieskończoności zapachów. A ponieważ nie widzę, myślę, że tych zapachów czuję więcej niż koty, które widzą. I chyba więcej niż Ludzie… - a może tylko inaczej? Bo co ja wiem o tym, jak wąchają Ludzie. I czy w ogóle wąchają?

Mam dla was zadanie na jesień. Chcecie poczuć coś wyjątkowego? Zamknijcie na dłuższą chwilę oczy i spróbujcie tak się poruszać po mieszkaniu. Nic się nie stanie – przecież wiecie, co gdzie stoi i leży. Spróbujcie coś znaleźć. A przede wszystkim wywąchajcie zapachy, które was otaczają. Jestem pewny, że są znane, więc na co dzień niewyczuwalne. Ale zamknięte oczy to szeroko otwarte drzwi dla nosa! Zapewniam was ja – niewidomy Kofi. Mam nawet na to dowód. Mieszkam w miłym domku tymczasowym ze sporą ilością kociego towarzystwa. I nawet przy tylu konkurentach do miski mój nos zawsze zapewnia mi przy niej pierwsze miejsce! Tak więc fajnie. Zamknijcie oczy i odszukajcie własną miseczkę.

Kofi

Fot.: Magda Apa-cz

Tekst: Anna Rau

Impusiowi kończy się wyobraźnia zawodowa

Nagle przyszło mi do głowy, że nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby moi Ludzie nagle zniknęli. Wiecie – otwieram oczy, a tu jestem na ulicy! Nie wiem. Pewnie że niemal każdy kot – o ile nie jest malutkim kociakiem – umie sobie radzić Na Zewnątrz: poluje, widzi w nocy, potrafi się sprytnie schować... ale to wszystko nie byłoby komfortowe. Rety. Na ulicy… Może mógłbym jakoś pracować za miskę? Wiem, że Ludzie co dzień „chodzą do pracy”, czyli każdego dnia przez pewien czas robią coś, czego by nie robili, gdyby ktoś „w pracy” nie dawał im utrzymania, czy coś takiego. Tylko co ja właściwie mógłbym konkretnie robić? No bo po co dziś Ludzie trzymają koty? (Oczywiście oprócz tych, co je po prostu lubią). Wiem, że kiedyś koty były do łapania myszy. Albo szczurów, czy coś. A dziś? I w mieście? Rety, rety. Skończyłbym pod mostem. Może mógłbym zostać ochroniarzem. Obchodzić budynki i pilnować. Tylko że chyba Ludzie wolą do tego wynajmować psy. Hmm, niby słusznie. Rety rety. Przychodzi mi do głowy wiele absurdalnych pomysłów: zimowo-jesienny ogrzewacz na minuty (w sensie przytulasz się i ogrzewasz), figurka ogrodowa (ale tylko w bezdeszczowe dni), rozpakowywacz zakupów (bardzo lubię wygrzebywać rzeczy z toreb), budzik (może miałbym problem z konkretną godziną, ale porządnie obudzić to ja umiem), zaganiacz ptaków (pod warunkiem, że byłyby to gołębie), albo nie – strach na wróble! To jest zabawniejsze. Oczywiście straszyłbym profesjonalnie nie tylko wróble. O, jeszcze mógłbym pilnować drzew owocowych – bo podobno wczesnym latem jakieś ptaki namiętnie wyjadają takie jedne owoce, które Ludzie bardzo lubią. Tylko że teraz robi się jesień i jest coraz zimniej… Rety, rety.

Może ostatecznie wziąłbym miseczkę w pyszczek i usiadł gdzieś na progu sklepu, czy jakiegoś miejsca, gdzie jest dużo ludzi, i zacząłbym żebrać? Trudno. Co ma zrobić biedny bezdomny kotek, który nie ma nawet Ludzi tymczasowych. Może ktoś by mi coś wrzucił. Albo zabrał ze sobą. Ech, czarno to widzę.

Impuś

Fot.: Kamila Piórkowska

Tekst: Anna Rau